Andrzej Bieńkowski - Kapela Władysława Koperkiewicza 1999 akryl

W najbliższy czwartek, o godz 17.00 odbędzie sie wernisaż wystawy fotografcznej "Muzyka Odnalezona" Andrzeja Bieńkowskiego. Będzie to wystawa składająca się z 24 fotogramów 99x66, fotografie są autorstwa Andzeja Bieńkowskiego, jest to dokumentacja badań terenowych w Polsce centralnej i na Lubelszczyżnie. Wystawie towarzyszy katalog 14X7 cm, kolorowy, 48 stron z opisami fotografii wraz z wernisażem fotografii, odbędzie sę także wernisaż malarstwa Andrzeja Bieńkowskiego, zostanie na wystawie pokazane 15 prac malarskich z cyklu "Muzykanci"
W trakcie wernisażu odbędzie sie prelekcja prof. Andrzeja Bieńkowskiego, połączona z pokazem multimedialnym.
Zostanie wyświetlony film Ostatni wiejscy muzykanci 60 min. Materiały do filmu zbieraliśmy przez w latach 1985-1995. Mieliśmy dużo szczęścia, udało nam sie utrwalić grę legendarnych skrzypków i ich kapel: Metów, Kędzierskich, Klejnasa... To dzięki ich grze powstał dokument pokazujący niezwykłość wiejskiej muzyki Polski Centralnej. Grają najstarsi skrzypkowie, jeszcze z basami i już nowsze kapele, z harmonią i barabanem.
O godz. 18.30 odbędzie sie koncert "Śpiewaczek z Biłgoraja".
Wystawa będzie czynna do 09.kwietnia 2009r. Wystawę mozna oglądać od pon do pt, w godz. od 10-18. Wstęp wolny
kurator wystawy: Zuzanna Zubek

 

Andrzej Bieńkowski (ur. 1946) malarz, fotograf i etnograf. Studiował na Wydziale Malarstwa, potem Grafiki ASP w Warszawie. Dyplom otrzymał w 1971 roku. Obecnie jako profesor prowadzi pracownię malarstwa i rysunku na Wydziale Wzornictwa ASP w Warszawie. Miał ponad sto wystaw malarstwa w Polsce, Danii, Szwecji, Włoszech, Japonii, Niemczech, Szwajcarii. Jego obrazy znajdują się w zbiorach muzealnych i w kolekcjach prywatnych w Polsce i za granicą. W trakcie swoich wypraw na wieś zgromadził imponujące prywatne archiwum etnograficzne, zawierające tysiące nagrań audio, video oraz zdjęć z Polski i Ukrainy. Autor filmów-dokumentów "Ostatni wiejscy muzykanci", "Muzyka żydowska w pamięci wiejskich muzykantów", "Ukraina. W poszukiwaniu pogańskich obrzędów". Autor książek "Ostatni wiejscy muzykanci-ludzie, obyczaje, muzyka" (Prószyński i s-ka, 2001) oraz "Sprzedana muzyka" (Czarne, 2007). Materiały do serii "Muzyka odnaleziona" gromadził od 1980 roku, jeżdżąc po wsiach Polski centralnej i Ukrainy. Laureat nagrody im. Oskara Kolberga w 1995 roku i Nagrody im. Cypriana Kamila Norwida w 2008.


Ocalić od wybrzmienia

Dominika Węcławek 28-01-2009

Malarz Andrzej Bieńkowski od 30 lat nagrywa ostatnich wiejskich muzykantów. To zadanie niełatwe, ale warte wysiłku. Dowodzi tego wydany niedawno album "Cztery strony Rawy".

autor zdjęcia: Jakub Ostałowski źródło: Fotorzepa Andrzej i Małgorzata Bieńkowscy archiwizują i promują autentyczną muzykę polskiej wsi źródło: Życie Warszawy Różni Wykonawcy Cztery strony rawy Wyd. Muzyka Odnaleziona

Ta muzyka zachwyciła mnie swoją urodą, niestety okazało się, że nie można jej usłyszeć ani w radiu, ani na płytach - przyznaje Andrzej Bieńkowski - na co dzień malarz i wykładowca ASP, który od 1979 roku jeździ po wsiach centralnej Polski, a ostatnio też po Ukrainie, i nagrywa miejscowych muzykantów.

Chłop żywemu...

Po raz pierwszy z wiejskimi muzykantami z regionu centralnej Polski zetknął się w czasach, gdy włóczył się po wsiach ze szkicownikiem w ręku i malował w plenerze. - To nie jest łatwa muzyka. Nie ma gładkiej linii melodycznej, są za to chropowatości, napięcie i wysokie dźwięki, których ludzie zwykle nie lubią

- dodaje. Jednak rytm, żywiołowość i pierwotna energia tkwiąca w obertasach i mazurach granych często na skrzypcach z trzeciej ręki, basach, w których struny zastępowały świńskie jelita, i bębnach wyklejanych cielęcą skórą ze zwojów Tory, zauroczyły malarza do tego stopnia, że postanowił je utrwalić.

- Zdałem sobie sprawę, że nikt ich nie nagrywa. Wieś ich już nie chce, bo mają disco polo. Miasto ich odrzuca, bo to obciach, "wiocha" - ze smutkiem zauważa malarz.

Dziś wspomina, że do wsi, w których robił nagrania, przed nim przyjeżdżali etnografowie. Przechodzili i nie widzieli. Jak zauważa malarz, miejscowi często nie chcieli obcemu nic powiedzieć. Muzykanci zaś nie chcieli grać. - Jedzie się do nich 300 km, a tu jeden w polu, drugi pijany, a trzeci pojechał na jarmark - mówi malarz.

W wydanej przez Andrzeja i jego żonę Małgorzatę książeczce z płytą "Koniec Basów" można znaleźć dobrze potwierdzającą te słowa historię: "Jedziemy do Kraśnicy z całym sprzętem i stopniowo mina nam rzednie. To przecież wieloletnie przygotowania i zgrywanie terminów. Muzykanci jednak żyją swoim życiem i co im tam nagrania! Jeden narąbał się, śpi i nie dobudzisz go. Drugi schował się przed nami w piwnicy na kartofle, przesiedział tam wiele godzin, by mieć pewność, że odjedziemy" .

Andrzej Bieńkowski przyznaje, że tu trzeba intuicji detektywa i wieloletniego doświadczenia, by wiedzieć, kiedy warto poczekać, nalegać, co oznacza furtka zamknięta na haczyk, a co jest, gdy zastawia się wejście kaloszem. Żeby uzyskać również od muzykantów nazwiska innych artystów z okolicy, trzeba wiedzieć, jak je od nich wyciągnąć.

- Mój mąż wymyślił nawet swoją technikę terenową. Okazało się, że nie można pytać wprost skrzypka o innych skrzypków, bo powie, że nie ma nikogo w okolicy. Wszyscy umarli. Trzeba więc pytać, kto z nim bębnił, a potem tego bębnisty zapytać, z jakimi on jeszcze skrzypkami grał. Każdy broni swojego - relacjonuje Małgorzata Bieńkowska. W terenie towarzyszy mężowi od 1985 roku.

Początkowo była dźwiękowcem. Wtedy sprzęt wideo nie był wystarczająco dobry. Dziś Andrzej Bieńkowski muzykantów nagrywa kamerą HD, towarzystwo kobiety nadal jest jednak potrzebne. Wieś bowiem boi się różnych geodetów i świadków Jehowy.

Towarzystwo żony paradoksalnie pomaga też żonom muzykantów uwierzyć, że te nagrania nie skończą się pijaństwem i awanturami. Muzykowanie bowiem kojarzy się z weselem czy potańcówką, a tam przecież bez wódki ani rusz.

Wszystko ze złości

Najczęściej jednak muzykanci sami się zgłaszają. Chcą zostawić po sobie jakiś ślad, utrwalić tę największą przygodę swego życia, która urozmaicała nieco monotonną pracę na roli i inne gospodarskie zajęcia. Chęci do współpracy to jednak połowa sukcesu. Często okazywało się, że artyści nie mają instrumentów. Bieńkowscy podejmowali więc trud restaurowania starych skrzypiec, basów, harmonii i bębnów. Wszystko zaś, włącznie z sesją nagraniową w wiejskich chałupach, finansowali z własnej kieszeni.

- Na początku moich badań terenowych byłem starszym asystentem na ASP, czasem jedynie sprzedawałem jakiś obraz. Taka sesja kosztowała mnie jedną pensję. Dokładnie 16 dolarów - wspomina Bieńkowski, który dziś jest przede wszystkim wykładowcą na Wydziale Wzornictwa warszawskiej ASP.

Tymczasem muzykantom się to w głowach nie mieściło. Rodziny często ich podburzały, że ten Bieńkowski to pewnie za dolary do Chicago sprzedaje te nagrania, trzeba więc zażądać bajońskich sum za to granie.

Kasety zaś i inne archiwalia, takie jak fotografie, czekały spokojnie w regałach mieszkania państwa Bieńkowskich. Początkowo zbierane były z myślą o przekazaniu ich do jakiejś placówki naukowej. Wszystko jednak zmieniło się dwa lata temu, podczas jednego z festiwali w Kazimierzu nad Wisłą.

- Przyjechały zespoły z Ukrainy, Litwy czy Rumunii. Wszyscy mieli swoje wydawnictwa, płyty i sprzedawali je. Tymczasem z polską muzyką wiejską nie było ani jednej płyty. Tylko Kapela ze Wsi Warszawa. Ogarnęła nas wtedy złość. Pomyśleliśmy, że warto zacząć coś robić i tak to się zaczęło - opowiadają razem Andrzej i Małgorzata. W ich zbiorach są zaś unikaty. Wielu artystów już nie żyje, inni nigdy już nie zagrają.

Cztery strony muzyki

Od tego czasu na rynku ukazało się osiem płyt, w tym siedem stanowiących dodatek do przepięknie wydanych albumów z opisem piosenek, anegdotami i archiwalnymi zdjęciami. Dwa najnowsze wydawnictwa - nagrana w rejonie Rawy Mazowieckiej "Cztery strony Rawy" i "Kajocy, wokół Kędzierskich" - ukazały się pod koniec ubiegłego roku. To ostatnie stanowi prawdziwą perełkę.

Do Kajoków niełatwo było dotrzeć, a ich muzyka jest wyjątkowo oryginalna pod względem budowy utworów. Otwarty charakter kompozycji, które nierzadko trwają ponad dziesięć minut, przywodzi na myśl klasyczne wariacje lub jazzowe improwizacje.

"Cztery strony Rawy" zaś unaoczniają też pewną wyrwę w naszej kulturze - pustkę po muzyce żydowskiej, z której nie pozostało w okolicach Rawy żadne nagranie. Malarz przyznaje, że pozostały jedynie ślady, rodzynki, z których jemu udało się zebrać godzinny film. Teraz pokazywać go będzie w Zachęcie na wystawie poświęconej wiejskim muzykantom. Wreszcie zrozumiano, że to także część naszej kultury.

Między folkiem a wiejskim muzykowaniem

Muzyka wiejska - jak zauważają państwo Bieńkowscy - często mylona jest z folkiem. Warto więc zwrócić uwagę, czym się różnią te gatunki. - U nas próbuje się stosować kryteria amerykańskie, a my mamy inną kulturę i odmienne tradycje. Stąd wzięło się wielkie poplątanie związane z tym, czym jest muzyka etniczna, folklorystyczna czy neofolkowa.

Ludzie nie wiedzą, co jest naprawdę wiejskie, a co jedynie odtwarzane na bazie tej muzyki. Muzyka wiejska to ta, która towarzyszy wsi w obrzędach i życiu codziennym. Co najistotniejsze, grana jest przez wieś dla wsi. Folk natomiast to muzyka rozrywkowa, luźno oparta na tematach muzyki wiejskiej, ale podporządkowana już współczesnej rytmice, dynamice, sposobowi ekspresji - tak robi choćby Kapela ze Wsi Warszawa.

To może być fajne i ciekawe. Jednak do muzyki wiejskiej ma się tak, jak obrazy malarzy naiwnych, np. Nikifora, do obrazów podrabianych. Neofolk zaś to odtwarzanie przez artystów tradycji muzyki wiejskiej. Tu szczególne zasługi ma rodzina Brodów czy Janusz Prusinowski, który przykładowo ma robioną na zamówienie lirę korbową i kultywuje tradycję Dziadów w dniach odpustów - wyjaśnia Andrzej Bieńkowski.

Rzeczpospolita


Kajocki skrzypek Józek Kasiak w akcji

(okolice Potworowa, 1986) (C Materiały prasowe)

Hendrix z Radomskiego

Marek Świrkowicz

Gdy ktoś kiedyś zapytał George'a Bensona, po czym poznać naprawdę dobrą muzykę, wirtuoz jazzowej gitary nie miał wątpliwości: "Dobra muzyka to taka, przy której nóżka sama zaczyna przytupywać".

Szkoda, że amerykański muzyk nie miał nigdy okazji posłuchać ognistej twórczości wiejskich muzykantów z okolic Przysuchy, zgromadzonej na pasjonującej składance "Kajocy. Wokół Kędzierskich", która jutro trafi do sklepów. Bo szaleńcze polki i psychodeliczne obertasy w wykonaniu Józefa Kędzierskiego i spółki to niezawodny akcelerator dla najbardziej nawet opornych nóżek. A zarazem znakomity dowód na to, że w poszukiwaniu prawdziwego etnoczadu nie trzeba bynajmniej zagłębiać się w egzotyczne dokonania Kubańczyków z Buena Vista Social Club czy Tuwiańczyków z Huun Huur Tu - wystarczy poszperać w Radomskiem.

Tak właśnie zrobił pomysłodawca wydania "Kajoków" i autor dołączonej do kompaktu książki Andrzej Bieńkowski. Ceniony malarz, profesor warszawskiej ASP i etnomuzykolog amator (autor wydanej w 2001 r. książki "Ostatni wiejscy muzykanci") wspomina, jak to w 1979 r. natknął się na radomskiej wsi na pewnego zblazowanego pastuszka, który wskazując palcem widniejące na horyzoncie zabudowania, rzekł mu w sekrecie: "Panie, tam to mieszkają Kajocy, oni grają takie wygibusy na skrzypcach, że aż się chce tańczyć. A najpiękniej to grał Józef Kędzierski. Tylko on nie gra już, odkąd go żona odumarła".

Zachęcony słowami pasterza Bieńkowski czym prędzej ruszył do Rdzuchowa i bez problemu odnalazł blisko 70-letniego wówczas Kędzierskiego. I tak długo namawiał opornego muzykanta, że ten w końcu uległ. Wraz z kumplami grającymi na basach i na bębenku opróżnili flaszeczkę gorzałki, wzięli instrumenty i zaczęli wymiatać niczym rdzuchowski Jimi Hendrix Experience. "Kapela wpadła w trans. Kędzierski kładł się na plecach, klękał, grał na skrzypcach ustawionych pionowo" - wspominał rozemocjonowany Bieńkowski. Nic dziwnego, że szybko powrócił do Rdzuchowa ze sprzętem nagrywającym, aby zarejestrować szalone "wygibusy" nie tylko Kędzierskiego, ale też innych okolicznych Kajoków, jak nazywano mieszkańców kilkunastu wiosek położonych na północ od Przysuchy.

Tak powstał materiał, który dziś - w zremasterowanej i cyfrowo odnowionej wersji - możemy smakować, słuchając "Kajoków". Już przy otwierającej zestaw hiperenergetycznej polce nawet najtwardszym punkowcom pospadają glany, a dalej robi się tylko ciekawiej. Czadowe oberki przeplatają się z kilkunastominutowymi improwizacjami, w których muzykanci popisują się typowo kajocką techniką "ogrywania", czyli transowego powtarzania w kółko jednego, lekko tylko modyfikowanego motywu. Nawet najwytrawniejsi jazzmani mogliby uczyć się od nich kunsztu.