
12-13.10.2002
"Lubelskie
Konfrontacje Teatralne
Fałsze wolności
Konfrontacje
rozpoczęły się właściwie na dzień przed oficjalną inauguracją obchodami
jubileuszu 25-lecia istnienia Ośrodka Praktyk Teatralnych Gardzienice.
Zaproszeni na tę uroczystość goście mogli m.in. obejrzeć sceny z powstającego
właśnie nowego spektaklu Staniewskiego według "Elektry"
Eurypidesa. Dla wielu - także dla mnie - ta zapowiedź przyszłego przedstawienia
była prawdziwym zaskoczeniem. Trudno jednak mówić o dziele, którego
- jak powtarza jego twórca - właściwie jeszcze nie ma. Trzeba się
uzbroić w cierpliwość i poczekać. Oby niedługo.
Na jubileusz Gardzienic przyjechało liczne grono artystów, którzy
należeli do dawniejszych "konstelacji" tworzących ten zespół.
Kilkoro przywiozło własne przedstawienia, wśród nich dwa szczególnie
znaczące w tym festiwalu. Pierwsze z nich to "Człowiek"
Studium Teatralnego z Warszawy kierowanego przez Piotra Borowskiego.
Jego fabularną podstawą jest zaczerpnięta z "Goga i Magoga"
Bubera opowieść o przywódcy wykreowanym przez ludzi, którzy chcą,
by jego okrucieństwo sprowokowało przyjście Zbawiciela. Liczne cytaty
i sekwencje z Ewangelii nie pozwalają wątpić, że jest to spektakl
o Antychryście. Ale "Człowiek" to również opowieść o XX
wieku i jego tyranach wielbionych przez tłumy i przez tłumy obalanych
oraz o Polsce. Gdy w scenie wojny rozpętanej przez bohatera rozlega
się zapis policyjnych rozmów z gdańskiego grudnia 1970 r., spektakl,
który mógł się wydawać kolejną alegorią filozoficzno-egzystencjalną,
staje się nagle boleśnie bliski. I taki pozostaje już do finału, w
którym zostajemy skonfrontowani z fałszem naszej wolności.
Dzień później w tym samym miejscu (nowej sali teatralnej otwartej
na terenie "Polmosu") miało miejsce wydarzenie odmienne,
ale równie niezwykłe - "Kroniki - obyczaj lamentacyjny"
Teatru Pieśń Kozła, założonego i prowadzonego przez Annę Zubrzycką
i Grzegorza Brala. Osią przedstawienia jest mit o Gilgameszu, ale
jego materia utkana jest nie ze słów, lecz z pieśni i muzycznego ruchu.
Powstał w ten sposób sceniczny poemat o niezwykłym pięknie, a tworzące
go metafory zapadają w pamięć i budzą potrzebę ponownego z nimi obcowania.
Wielu twórców spektakli zaprezentowanych dotąd na Konfrontacjach korzysta
swobodnie z różnorodnych środków teatralnego wyrazu, wśród których
najważniejszą pozycję zajmowały zazwyczaj pieśń i umuzyczniony ruch,
i podejmują próby zmierzenia się z podstawowymi doświadczeniami egzystencjalnymi,
a przede wszystkim z wątpliwościami zrodzonymi przez kryzys postaw
religijnych. Na tym tle wyjątkowo rysuje się wydarzenie sprowokowane
przez Richarda Schechnera, które w programie festiwalu widnieje jako
"Warsztaty Beckettowskie dotyczące ČCzekając na GodotaÇ".
Ta nazwa to kamuflaż. W rzeczywistości Schechnerowi chodzi o inscenizację
"Godota", której wystawienia zakazali spadkobiercy autora,
pilnujący, by nie dokonywano żadnych zmian w oryginalnym kształcie
jego sztuk. Nie mogąc pokazać całego spektaklu, Schechner zaprezentował
te fragmenty, które spowodowały zakaz, zapraszając przy tym na scenę
Antoniego Liberę - tłumacza, reżysera i znawcę twórczości Becketta.
W teatralizowanej dyspucie Schechner gorąco bronił prawa do swobody
i różnorodności interpretacji, Libera zaś dociekliwie pytał o sens
wprowadzonych zmian i granice dowolności w manipulowaniu cudzym dziełem.
Dzięki silnym osobowościom i błyskotliwej inteligencji obu oponentów
dyskusja, choć nie przyniosła rozstrzygnięć, stała się swoistym widowiskiem.
Wypadałoby też wspomnieć o Czelabińskim Teatrze Tańca Współczesnego,
o "Scenach z życia Mitteleuropy" Provisorium i Kompanii
Teatr, o "Ludus Danielis", który w wykonaniu Węgajt wspaniale
zabrzmiał w bazylice Dominikanów, czy o prezentacji prac Jarosława
Freta i Pawła Passiniego. Z pewnością będzie po temu okazja przy omawianiu
całego festiwalu. Na razie Konfrontacje trwają i nikt nie wie, co
jeszcze może się wydarzyć. "
Dariusz
Kosiński
"Świąteczna"
12-13.10.2002
25 lat teatru Gardzienice
Tu
się chwyta za żagiew
Polskość
jest strasznie dziwnym i nieklarownym pojęciem. Trzeba przeglądać
się w innych kulturach i pytać: no dobrze, a ile jest w nas z Rosjanina,
ile w nas z poganina i barbarzyńcy, ile z przedchrześcijańskiego Słowianina,
a ile z Europejczyka?
Rozmowa z Włodzimierzem Staniewskim, założycielem teatru Gardzienice.
Roman
Pawłowski: Grudzień 1970, Łódź. Trwają Studenckie Spotkania Teatralne.
Wydarzeniem jest spektakl Krzysztofa Jasińskiego "Spadanie"
według Różewicza, ostry politycznie, zaangażowany. Obrady jury przerywa
komunikat o zmianach w Biurze Politycznym w związku z wypadkami w
Gdańsku. Zapada decyzja, żeby nagrodę przyznać "Spadaniu".
Jeden z jurorów, wybitny krytyk Konstanty Puzyna, wspominał później:
"Co tam cywilizacja, kosmos, przyroda i ludzkość wobec czołgów
na ulicach Wybrzeża". Pan grał w tym spektaklu, prawda?
Włodzimierz Staniewski: Tak.
To dlaczego odszedł Pan od teatru politycznego i wyprowadził się z
teatrem na wieś, do przyrody i "ludzkości"?
- Bo wydawał mi się minoderyjny, pozorny. To było komentowanie rzeczywistości,
a ja chciałem pokazywać rzeczywistość taką, jaka ona jest. Chciałem
odsłonić kurtynę tamtego teatru świata, który przecież oficjalnie
nie istniał.
A jaka była rzeczywistość w Gardzienicach?
- W Gardzienicach wchodziliśmy w mitologię budowaną z dnia na dzień.
Polityka nie sprowadzała się tu do politykierstwa, polegała na mówieniu
o rzeczywistości wprost: przeklinaniu władzy, przeklinaniu życia,
jak trzeba było - przeklinaniu Boga. Było to życie chwytane na gorąco,
w całym swoim nieszczęściu i niedoli, takie, jakie się widzi na każdym
kilometrze wędrówki. Ten teatr życia o wiele bardziej przemawiał do
wyobraźni, zmysłów i światoodczucia niż komentarz robiony na scenach
alternatywnych.
W tamtym czasie modne było uciekanie z miasta na wieś, nie tylko zresztą
z powodów politycznych.
- Z perspektywy czasu być może wygląda, że wpisywaliśmy się w jakiś
kontekst. Tyle tylko że nikt w owym czasie nie prowadził takiej działalności
wobec ludzi, dla ludzi i z ludźmi, jak myśmy to robili. To, o czym
pan mówi, to było wygodne życie w oazach na łonie przyrody. A my wchodziliśmy
w sam środek życia wsi. Wyłaziło wszystko - stosunek do życia, rzeczywistości,
historii. Weźmy nasze pierwsze podróże do Łemków. Był koniec lat 70.
Nie wiedziałem nawet, że taka narodowość istnieje, nie słyszałem o
akcji "Wisła". A tu Łemkowie o pierwszej czy drugiej nad
ranem po zgromadzeniu opowiadają o swoich nieszczęściach, ile krzywd
doznali ze strony naszych ojców. Zupełne przewartościowanie w głowie!
Wielka lekcja historii i polityki! Ta ukryta pod pacykarstwem degrengolada,
z którą mieliśmy do czynienia w miastach, tam, na wsi, wyłaziła na
wierzch. Skrzek karłów i demonów słychać było z każdego kąta, z każdej
ludzkiej duszy i każdych ust. Nic się nie skrywało. Ale oczywiście
tylko ciemną nocą.
Nie było ucieczki od polskich tematów?
- Wchodziło się w nie głębiej. Świadomość ludzka była nimi przeorana
najgłębiej, jak tylko można było.
A jak wieś reagowała na pojawienie się artystów? Bo chyba byliście
najczęściej pierwszym teatrem, który tam występował.
-
Żadna osada, do której docieraliśmy, niczego takiego wcześniej nie
widziała. Były to najbielsze z białych plam na mapie kulturalnej Polski.
Jak reagowali? Zaskoczeniem. Te nasze wizyty nigdy nie były zapowiedziane.
O to miał do mnie pretensje Włodzimierz Pawluczuk, etnolog, uczestnik
wielu wypraw. Uważał, że należy nasz przyjazd wcześniej ogłosić, oprzeć
o władzę, sołtysa, o jakieś koło gospodyń, dać afisz, żeby to było
rozpoznawalne. Ja nie chciałem, bo uważałem, że nie należy przyprawiać
sobie od razu gęby. Niech ludzie zdecydują, kim dla nich jesteśmy.
Dlatego nasza działalność była na początku amorficzna, było w niej
coś z teatru i coś z głoszenia nowej, radosnej wieści.
Co to była za wieść?
- Kiedy przybysze przychodzą z daleka, pierwsza rzecz, której chcą
miejscowi, to pogadać o tym, co w dalekim świecie. A my chcieliśmy
się dowiedzieć, co słychać w tym świecie, w tym życiu. Więc był to
transfer informacji na każdym poziomie. My o życiu materialnym, o
polityce, o tym, co mówią w Wolnej Europie. Oni o kościele, dewocji,
piciu, o miejscowych księżach zabawne historie. O biedzie, jak w tej
piosence: "Powiadają ludzie, że bieda umarła - bieda leci przez
wieś, ogona zadarła".
Wrzeszczeliśmy takie "wywrotowe" naonczas piosenki po wsiach,
na całe gardło. Nasze rozmowy były jak przyśpiewki i przygadywanie
na weselach. Taka konwencja najlepiej ludzi otwierała i przekonywała
do przybyszów.
Jednak przede wszystkim poznawaliśmy się w działaniu. My prezentowaliśmy
jakieś sceny i śpiewy, ludzie na to odpowiadali. Czasami bardzo żywo,
a czasem byli onieśmieleni, spłoszeni i trzeba było ich wyciągać.
Kiedy jednak pierwsze lody się stopiło, szło bardzo wartko.
Nawet za bardzo. Czytałem w jednej z relacji, że w pewnej wiosce ludzie
chwycili za kamienie.
- Zdarzały się sytuacje dramatyczne, nasz pierwszy spektakl, oparty
na "Gargantui i Pantagruelu" Rabelais'go, zawierał wyzywające
sceny obyczajowe i religijne. Bywało, że ktoś ostro występował i burzył
zebranych ludzi przeciwko nam. Raz czy dwa razy nas popędzono.
Ludzie chętnie przychodzili na Wasze zgromadzenia?
- Tak, mieli zdumiewającą gotowość do spotykania się przy muzyce.
Poza tym w Polsce w tamtych czasach każdy dzień był karnawałem. Często
tłumaczyłem ludziom na Zachodzie, na czym polega siła polskiego teatru.
Otóż my mamy nieustający karnawał - a to święta religijne, a to państwowe,
a to imieniny, wiele okazji do odczyniania biedy, nieszczęścia i szarzyzny
życia.
W Pana przedstawieniach powraca obraz ludzkiej ciżby, zbitej w kłąb
gromady ludzi w wiejskich ubraniach, którzy śpiewają, płaczą, klną,
robią miny. Tak było przed laty w "Gusłach", tak zaczynają
się dzisiaj "Metamorfozy". Z tej ciżby wieje grozą. Czy
Pan się boi ludu?
- Może się nie boję, ale jestem przeciwny bezkrytycznemu podejściu
do ludowości. Kraina ludowości może wywoływać nostalgię i pewien rodzaj
romantycznych resentymentów, ale z drugiej strony trzeba wiedzieć,
że to jest trochę jak u Krasińskiego w "Nie-Boskiej komedii"
- wystarczy iskra, ażeby lud stał się karzącą ręką sprawiedliwości
i zmiótł nas, którzy kierujemy się wyobraźnią, myślą i wrażliwością.
Byliście z wyprawami także na Kurpiach. Czy dawało się tam odczuć
przeszłość, która wyszła wiele lat później na jaw w Jedwabnem?
- Zmory Jedwabnego do dziś jeszcze wyją również w gardzienickich okolicach.
To jest przyczyną napięć, jakie mamy z pewnymi przedstawicielami lokalnej
społeczności. Z powodu tych napięć nie chcę, żeby pewne "wojenne
sprawy" wychodziły na światło dzienne za naszą przyczyną. Tu
się nie żartuje. Tu się chwyta za żagiew. Cały spektakl "Gusła"
z 1979 r. był przeniknięty głosami tamtego, eksterminowanego świata.
Ci z kolegów, którzy przeszli przez ten spektakl, tutaj brali pierwsze
lekcje o zgubionym ogniwie polskiej kultury.
Przez
Gardzienice na przestrzeni 25 lat przeszło kilkuset młodych ludzi,
studentów, naukowców, aktorów, reżyserów. Z Polski, Australii, Danii,
Włoch, Ameryki, Niemiec. Czego tu szukali?
- Może miejsca do samorealizacji, a może spotkania ze sobą samym?
Wielu z nich rzeczywiście do dzisiaj mówi: jesteśmy z Gardzienic.
- Nie uważa pan, że ważne jest być skądś? Przez długie lata wielu
ludzi w Polsce miało głębokie poczucie wyalienowania, nieobecności,
nierzeczywistości. To się brało z tego, że nie wiedzieli, skąd są.
Szukanie takiej ostoi, matecznika, w jakiś sposób legitymizowało ich
tożsamość. Gardzienice były jak port, z którego się wypływa i dobija
do mnóstwa innych portów. Później ma się swoją własną zatokę i własny
port. Ale ważne jest, że raz się cumowało przy tej kei.
Nie wydaje się jednak Panu dziwne, że człowiek z Wrocławia, Poznania
czy Bardo, Pańskiej rodzinnej miejscowości nad Nysą Kłodzką, szuka
tożsamości na Huculszczyźnie czy Roztoczu, a nie we własnym domu?
- Można to wyjaśnić tylko mitologicznie, jak z Jazonem i wyprawą po
Złote Runo. Są ludzie, których energia i wyobraźnia nie rymuje się
z energią i wyobraźnią ich domu. Szukają więc takiego miejsca, aby
poczuć jedność. Na pierwszych wyprawach śpiewaliśmy pieśń, która była
niejako naszym zawołaniem rycerskim: "A gdzież moje kare konie,
a gdzież moje lejce, hej na wschodzie zakochanie, na zachodzie serce".
Chodziło o rozdarcie między tym, co jest z jednej strony naszym miejscem,
z którego wyszliśmy - większość z nas pochodziła z zachodniej Polski
- a tęsknotą za tym, co stracone, nieosiągalne, niedotykalne, a co
znajdowaliśmy na Wschodzie.
Mimo wszystko trudno mi zrozumieć, jak można było porzucić Wrocław
czy Kraków początku lat 70., Wrocław Tomaszewskiego, Różewicza i Grotowskiego,
Kraków Swinarskiego, Kantora, Grupy Krakowskiej. Każde z tych miast
było na swój sposób centrum życia kulturalnego.
- A jeśli centrum świata było gdzieś tutaj, w jakichś Gardzienicach
czy Wierszalinie, w którym chcieliśmy zakładać z Pawluczukiem Nową
Stolicę Świata Teatru, gdzieś w jakiejś Antoniówce czy Jędrzejówce
na Roztoczu? Kraków, Wrocław, Warszawa nie musiałyby być centrum świata.
Podobnie jest z Grecją. Jeśli prześledzimy historię starożytnej Grecji,
to dostrzeżemy, że tej Grecji było tyle samo, a może nawet więcej
w Azji Mniejszej niż w samych Atenach. Czyli na umownej prowincji.
Zorganizowałem kiedyś międzynarodowe sympozjum pod hasłem "Prowincja
wobec centrum". Udowadnialiśmy, że prowincja jest miejscem, gdzie
życie jawi się w pełni. O wiele gęściej, prawdziwiej, wyraziściej.
Stamtąd wychodzą najciekawsze prądy.
Jak ludzie z miasta reagowali na rzeczywistość prowincji?
- Było mnóstwo obaw, wstydu, oporu, niektórzy musieli być ciągnięci
na siłę, mieli wiele obiekcji. Ja sam przy pierwszych wyprawach byłem
przerażony ostentacyjną wulgarnością ludzi na wsi. Wulgarne słowa,
wulgarne zachowania, erotyczne gesty nie były domeną tylko chuliganów
czy pijaków spod sklepu, istniały także na zgromadzeniu. Ludzie ostentacyjnie
grali ciałem. To właśnie cały Rabelais i cały Bachtin, który był dla
mnie inspiracją. Społeczeństwo karnawałowe pokazywało swój wymiar
teatralny w najbardziej uderzającym wydaniu.
Jak to wpływało na spektakle?
- Natychmiast to zapożyczałem. To mnie ośmielało - ach, to tak daleko
można pójść w bezceremonialnym opowiadaniu o jakimś katechecie, który
ma dwie kobity, jedną na plebanii, a drugą w sąsiedniej wsi? Ach,
to można śpiewać takie przyśpiewki? Ale pojawiała się też na tych
spotkaniach bardzo ostra polityka. Jeden z największych szoków, jakie
przeżyłem, związany był z przyjazdem Papieża. Pojechaliśmy wtedy na
Białostocczyznę do prawosławnej wsi. Kiedy wyjeżdżaliśmy naszym starym
fordem, ludzie biegli za samochodem i krzyczeli "Etu waszu Papu
riezat by treba!" ("Tego waszego Papieża trzeba by zabić").
Tu dopiero była lekcja historii. W sąsiedniej wsi w każdym domu były
rozmowy o Papieżu, to był dla ludzi szok. I wtedy człowiek dowiadywał
się o tym, co się działo we wsiach, które przed wojną były prawosławne
czy greckokatolickie, jak to się stało, że katolicy odebrali cerkiew,
jakie to były boje. W Jabłecznej na Łemkowszczyźnie pierwsi dotknęliśmy
sprawy walki o Kościół, o której później pisała cała prasa. Wywiozłem
tych ludzi do miejscowości Czarne spalonej do ziemi i nigdy nieodbudowanej.
Cudem ostała się tylko drewniana cerkiew, wtedy już ruina. Pokazaliśmy
w tej cerkwi fragmenty "Żywotu protopopa Awwakuma", a potem,
w nocy, mieliśmy zgromadzenie u stóp cerkwi, przy ogniskach. Ludzie
płacząc, opowiadali historie swojego plemienia. To były "Dziady"
takie, jakich człowiek nie jest w stanie sobie wyobrazić. Nasza wyprawa
na wieś nie była podróżą sentymentalną. Była to wielka lekcja człowieczeństwa,
obywatelstwa i patriotyzmu, że uderzę w wyższe tony.
A co na to władza?
- Władza odnosiła się do nas z właściwą w owych czasach dla władzy
pryncypialnością. Którejś z zim podczas wyprawy na Roztocze oko miało
na nas SB. Jeździli za nami fiatem. We wsi Baranica wezwali mnie do
tego fiata i odbyło się regularne przesłuchanie i poszturchiwania.
Kto wie, jak by to się skończyło, gdyby nie obecność ekipy filmowej
Andre Gregorego, który miał glejty z góry. My mieliśmy pisma Towarzystwa
Kultury Teatralnej, które w bardzo wyszukanych słowach mówiły, jak
ważne jest to przedsięwzięcie. Ale to widocznie nie wystarczyło, bo
kiedy wyjechaliśmy z Baranicy, człowiek, który nas gościł, Jan Styk,
został przez SB pobity. Za niewinność. W pewnych czasach niewinność
kwalifikuje się jako grzech główny.
Ostro patrzono także na nasze peregrynacje po Łemkowszczyźnie. Podczas
jednej z wypraw część grupy z Norwegii nocowała w tej nieczynnej cerkwi
w Czarnej. Spaliśmy w chutorze półtora kilometra dalej. Przychodzimy
rano, patrzymy, Norwegów nie ma. Był natomiast gryps w dziurce od
klucza, że zostali nad ranem zaaresztowani przez SB. Znaleźliśmy ich
na posterunku w Nowym Sączu. "Odbijanie" trwało cały dzień.
Takie rzeczy się zdarzały. To dlatego nasze wizyty we wsiach były
niezapowiedziane, chodziło też o to, aby uchronić się przed "komitetami
powitalnymi" i wczesną interwencją władz.
Nigdy Pan nie chodził ze scenariuszami spektakli na cenzurę?
- Nigdy. Obowiązywało wtedy takie prawo, że jeżeli jest mniej niż
20 osób, to jest to klubowa impreza niepodlegająca kontroli. A do
naszej sali w Gardzienicach wchodziło niewiele więcej.
Był to więc jedyny oficjalnie działający teatr w Polsce poza cenzurą?
- Na to wygląda.
Ale Wasze przedstawienia nie były takie niewinne. "Żywot protopopa
Awwakuma" wystawiony w 1983 r. mówił o buntowniku religijnym,
skazanym na katorgę i spalonym na stosie za uporczywe głoszenie heretyckich
poglądów. W zagranicznej prasie otwarcie pisano, że to figura księdza
Popiełuszki.
- Rzeczywiście, tak pisano, choć mnie nigdy nie odpowiadały takie
dosłowne interpretacje. "Awwakum" mówił o tym, co bierze
się z rozdętego maksymalizmu, kiedy człowiek obwarowuje się w swojej
wieży z kości słoniowej, gotów złożyć w ofierze wszystko - życie,
rodzinę.
A "Carmina Burana" z roku 1990? Pisano, że to odpowiedź
na polską rewolucję 1989 r.
- Klimat tamtych czasów na pewno wpłynął na dobór materiału. Oparliśmy
się na pieśniach z wczesnego średniowiecza, okresu intensywnego rozwoju
cywilizacyjnego i kulturalnego, o czym zapominamy. Była w nich wielka
radość i rwanie się do wolności. To się zrymowało z przełomem roku
1989, wybuchem radości i wielkiego optymizmu, że świat będzie od teraz
piękniejszy, jaśniejszy i przepełniony miłością. Śpiewaliśmy "Hymn
o miłości" św. Pawła i jego średniowieczne transpozycje, bo współczesnych
nie ma, mówiliśmy tekstami z "Tristana i Izoldy", tego najpiękniejszego,
najgłębszego poematu miłości, jaki ludzkość kiedykolwiek wydała.
Prawosławie, średniowiecze, później antyk, wyprawy na Ukrainę, do
Laponii, Meksyku. Z czasem coraz dalej odchodziliście od Gardzienic,
Lubelszczyzny, w ogóle Polski. Nie bał się Pan, że w końcu stracicie
z pola widzenia to, od czego zaczynaliście - swojską, rodzimą kulturę?
- Za każdym razem to była i jest próba spojrzenia przez inną kulturę
i inny czas historyczny na własną kulturę, swojskość, rdzenność, rodzajowość.
Przecież my, Polacy, nie jesteśmy społeczeństwem homogenicznym, zostaliśmy
porozdzierani historią. Ten wielki krzyk, żeby przebierać jak najszybciej
nogami do Unii Europejskiej, jest jak krzyk rozpaczy, że jeśli nie
zostaniemy przyjęci do tego wspólnego domu za chwilę, zupełnie stracimy
swoją tożsamość i rozwalimy ten dopiero co odzyskany dom. Polskość
jest strasznie dziwnym i nieklarownym pojęciem. Trzeba przeglądać
się w innych kulturach i pytać: no dobrze, a ile jest w nas z Rosjanina,
a ile z dostojewszczyzny, ile w nas z poganina i barbarzyńcy, ile
z przedchrześcijańskiego Słowianina, a ile z Europejczyka, ale tego,
którego kultura, odwaga, szlachetność, honor kształtowały się w wiekach
średnich, w najpiękniejszym okresie kształtowania się cywilizacji
nowożytnej?
Ile Greka?
- Właśnie, Greka i Grecji, której ducha wywoływaliśmy gromkim głosem
od początków wolności, że my przecież nie stąd! My znad Morza Śródziemnego!
To my są Grecy! Jeszcze chwila, a Wincenty Kadłubek ze swoją koncepcją
historiozoficzną stanie się głównym nauczycielem naszej historii.
A niech pan porozmawia z inteligencją, czy się przypadkiem na Kadłubka
nie powołuje i na całą koncepcję sarmatyzmu. Dlatego potrzebne jest
to przyglądanie się przez cały czas naszej swojskości, która jest
amorficzna, nieklarowna, nieprzejrzysta. Wszystko, co w niej przejrzyste,
to są te kufaje, gumiaki, ten charakterystyczny wiejski chód, to machnięcie
ręką na wszystko, to zaprawione latami nieszczęśliwej historii sarkastyczne
spojrzenie na życie, które jest przyczyną, że nic się nigdy nie doniesie,
nie dorobi do końca, bo nie warto. I ta niezwykła, olśniewająca wręcz
inteligencja w perswadowaniu, dlaczego czegoś nie da się zrobić, przy
przerażającym braku woli, żeby tę samą pomysłowość i inteligencję
zaprząc do rozwiązywania problemów. Sól tej ziemi jest tym, do czego
w teatrze warto wracać. Wszystko, co jest na wierzchu, jest bardzo
ambiwalentne. Stąd sceny w każdym naszym spektaklu, w których przegląda
się gęba swojskości.
"Metamorfozy" według Apulejusza w Pańskiej reżyserii zaczynają
się od sceny, w której gromada wiejska, ta sama, która wywoływała
duchy w "Gusłach" Mickiewicza, zmienia się nagle w grupę
Greków. Czy to nie jest zbyt wielki skrót myślowy - z Gardzienic do
Aten, a nawet, jeśli uwzględnić miejsce zamieszkania Apulejusza, do
Afryki Północnej?
- Nie uważam, aby w tym skojarzeniu było coś niewłaściwego. Pytanie
powinno brzmieć: ile w tej przemianie larwy w motyla jest tęsknoty,
ile marzenia, a ile przekonania i wiary? Kim jesteśmy i skąd przychodzimy
- to jest zasadnicze pytanie, które powinniśmy sobie codziennie, rano,
wieczór, we dnie, w nocy zadawać.
Pracuje Pan teraz nad "Elektrą" Eurypidesa. Jak Pan odniesie
historię zagłady domu Atrydów do swojskości?
- U Eurypidesa interesuje mnie mechanizm, który pociąga za sobą całą
serię morderstw. Skąd bierze się ta potrzeba bezmyślnego zabijania?
Czy z fatum, jak tłumaczy mitologia? Czy raczej z zaczadzenia? Moment,
w którym bohaterowie podnoszą nóż czy topór, przypomina to, o czym
dzisiaj czytamy w gazetach. Gdzieś zabalowała banda gówniarzy, zaczadzeni
pojechali na miasto, zobaczyli jakichś znajomych, wzięli ich do lasu
i zabili. Inni zaczadzeni gówniarze pojechali do Lasku Bielańskiego,
zobaczyli młodych ludzi przy ognisku, porwali jednego z nich i zakatowali.
Z czego bierze się ta niemożność zatrzymania rozkręcającej się sprężyny
przemocy? Bo przecież w każdej chwili można ją zatrzymać. Tak jak
u Eurypidesa - wydaje się, że Ifigenia nie powinna zginąć, Agamemnon
nie chce poświęcić córki, Achilles bierze ją w obronę, a jednak dochodzi
do ostatecznego, fatalnego aktu.
Słyszałem o planach zbudowania w Gardzienicach centrum kultury starożytnej.
Skąd ten pomysł?
- Nadchodzi wielka fala zainteresowania starożytną Grecją, młodzież
na tym punkcie zupełnie oszaleje, będzie to coś w rodzaju mody, jak
kiedyś moda na Indie czy Amerykę Południową. Dlatego w Polsce, w Europie
Wschodniej, potrzebujemy takiego ośrodka, w którym kultura grecka
byłaby obecna na co dzień. Myślę o stworzeniu w Gardzienicach namiastki
lasu ateńskiego, z biblioteką, małym, żywym muzeum z replikami starożytności,
w tym instrumentów, z twórczą rekonstrukcją technik starożytnego teatru.
Czy jednak nie wydaje się Panu komiczne budowanie kawałka Grecji właśnie
tu, na Lubelszczyźnie, w otoczeniu tych drewnianych chałup i ludzi,
którzy z grecką kulturą nie mają nic wspólnego?
- A cóż śmiesznego w tym, że okoliczna młodzież - uczniowie z Gardzienic,
Piask, Częstoborowic, Fajsławic - będzie mogła poznawać grecką kulturę?
Cóż złego w pokazywaniu, że muzyka nie zaczęła się od Bacha i Vivaldiego,
czy od Chopina, ale od starożytnej Grecji? A cóż komicznego w przybliżaniu
greckiej filozofii poprzez analogię do mądrości ludowej, choćby tak,
jak to świetnie zrobił ksiądz Józef Tischner? Cóż w tym dziwnego,
że będzie się rekonstruować układy choreograficzne z rysunków zachowanych
na wazach i przybliżać Grecję przez analogię do współcześnie żywych
kultur tradycyjnych? Z czym będziemy wchodzić do Europy, jeśli nie
będziemy znać jej tradycji, jak jej będziemy uczyć w tych biednych
szkołach? To są rudymenty naszej kultury i cywilizacji, naszego światopoglądu,
czegokolwiek tkniemy, ktokolwiek wymądrza się na temat współczesnych
problemów świata, odwołuje się do Greków. Odwołujemy się często do
kanonu, a tymczasem trzeba pamiętać, że tak jak z ewangeliami poza
kanonem istnieje wiele niekanonicznych, ciekawych tekstów. O nich
chcielibyśmy rozmawiać.
Może nie jest to komiczny pomysł, ale na pewno szalony.
- To dobre słowo. Szalony projekt, jak wszystko tutaj na tej "ziemi
nigdzie".
Rozmawiał
Roman Pawłowski

"Plus
- Minus"
5-6.10.2002
SCENY
Z ELEKTRY
Tragedia uczuć
"Sceny
z Elektry" według Eurypidesa, nowe przedstawienie Ośrodka Praktyk
Teatralnych Gardzienice, powstało w wyniku zainicjowanych przez Włodzimierza
Staniewskiego i prowadzonych pod jego kierunkiem metod pracy nad gestem
w tragedii starożytnej. Poszukiwania te stanowią element szerszego
projektu badań nad antykiem. Wcześniejszy etap studiów Gardzienic
nad rekonstrukcją starogreckiej i starorzymskiej muzyki zaowocował
poprzednim, znanym i szeroko opisywanym także w "Rzeczpospolitej",
widowiskiem - "Metamorfozami" według Apulejusza.
W
oczach znawców literatury starożytnej "Elektra" uchodzi
za tragedię, w której niezwykle śmiało i odważnie potraktowano tradycyjną
materię mitu. Nieszczęsną królewnę Elektrę, udręczoną tęsknotą za
skrytobójczo zgładzonym ojcem, wydano za prostego, poczciwego wieśniaka.
Z wygnania powraca jej brat Orestes. Oboje knują zemstę. Elektra do
wiejskiej chaty zwabia podstępem swoją matkę Klytajmestrę, by wspólnie
z Orestesem pozbawić ją życia.
Włodzimierz
Staniewski pierwszy raz zmierzył się z tekstem stricte dramatycznym.
Eurypidesowe arcydzieło potraktował przede wszystkim jako tragedię
uczuć. Mityczna opowieść o córce, która tak kochała ojca, że musiała
zabić matkę, posłużyła mu do ukazania ekstremalnych stanów emocjonalnych
- wielkiej miłości i wielkiej nienawiści, ślepej żądzy zemsty i paraliżującego
poczucia winy. W drodze wyjątku widziałem pracę nad przedstawieniem
i jestem poruszony.
Włodzimierz
Staniewski zastrzega, że pierwszego publicznego pokazu, który 13 października
uwieńczy obchody jubileuszu 25-lecia Gardzienic, też nie należy traktować
jako premiery. Jest to work in progress - praca w toku. I zarazem
praca u podstaw, gdyż obok współpracujących z reżyserem aktorów: Mariusza
Gołaja, Elżbiety Rojek, Joanny Holcgreber, Marcina Mrowcy, Anny -Heleny
McLean, Grzegorza Podbiegłowskiego i Anny Dąbrowskiej występuje również
ośmioro studentów III kursu Akademii Praktyk Teatralnych.
Etap
pracy, na którym znajduje się Staniewski ze swoim zespołem, nie upoważnia
jeszcze do formułowania kategorycznych ocen. Pozwolę sobie jednak
zaryzykować stwierdzenie, że "Sceny z Elektry" stanowić
będą przełom w artystycznym dorobku Gardzienic. Kipiąca od skrajnych
emocji materia dramatu została podporządkowana ekspresyjnej jak zwykle
grze aktorskiej, w której reżyser szczególne znaczenie nadał pełnym
wyrazu gestom. Najciekawsze sceny przypadły, co oczywiste, Elektrze.
Ich sugestywność podkreślała niezapomniana gra anglo- i polskojęzycznej
Anny-Heleny McLean, zwłaszcza w dwóch wyśmienitych, poruszających
scenach lamentu i triumfu.
Janusz
R. Kowalczyk
27.09.2002
"Program VII Konfrontacji Teatralnych planowanych
w dniach 9-12 października jest jakościowo imponujący. Komisarz tegorocznej
edycji lubelskiego festiwalu, twórca teatru w Gardzienicach Włodzimierz
Staniewski, tak go ułożył, aby w Lublinie spotkali się najznakomitsi
twórcy teatralni dwóch mocarstw - Rosji i USA.
W bloku amerykańskim zwraca uwagę Richard Schechner, który przyjedzie
ze spektaklem "Czekając na Godota". To jeden z najwybitniejszych
żyjących twórców teatru awangardowego, reżyser, krytyk i teoretyk.
Urodzony w 1934 roku Schechner założył i przez wiele lat kierował
The Performance Group, redagował awangardowy kwartalnik "The
Drama Review: The Journal of Performance Studies"; teraz wykłada
na Uniwersytecie Nowojorskim, redaguje "World of Performance",
jest kierownikiem artystycznym zespołu East Coast Artists. (...)
Będzie i inna wielka postać awangardowego teatru amerykańskiego. Na
spotkanie do Lublina przyjedzie Ellen Stewart, twórczyni powstałego
na początku lat 60. sławnego nowojorskiego LaMaMa Experimental Theatre
Club. W "amerykańskim" programie Konfrontacji Teatralnych
zobaczymy także następujące przedstawienia: La Pocha Nostra: "Ex-Centris
- Żywa diorama fetyszyzowanych", Double Edge Theatre: Nieugięty",
Kadmus Theatre Studio: "Objawiony", R. Dominiquez: "Opowieści
Majów", Playwright's Arena Theatre: "Beachwood Drive".
Równie mocny jest rosyjski blok programowy, aczkolwiek niektórzy z
twórców są już dobrze znani w polskich teatrach. Wśród rosyjskich
gości festiwalu będzie Jewgienij Griszkowiec ze spektaklem "Jednocześnie".
(...)
W "rosyjskiej" części programu festiwalu zaplanowano również
spektakle: Centrum Meyerholda: "Artaud i jego sobowtór"
w reżyserii twórcy tej obchodzącej dziesięciolecie moskiewskiej sceny
- Walerego Fokina, Czelabiński Teatr Tańca Współczesnego: "Szkice
z natury", Teatr Tień: "Metamorfoza".
Obok amerykańskich i rosyjskich teatrów na październikowym festiwalu
spektakle pokażą teatry z Lublina.
(...) W ramach obchodów gardzienickiej rocznicy w programie Konfrontacji
Teatralnych mają wystąpić: Teatr Tanto z Austrii, wrocławski Teatr
Pieśń Kozła, Warszawskie Studium Teatralne, Teatr Wiejski Węgajty
i Ann Karin Myklebostad."
Grzegorz
Józefczuk