"Świąteczna"
25 lat teatru Gardzienice
12-13.10.2002


Tu się chwyta za żagiew

Polskość jest strasznie dziwnym i nieklarownym pojęciem. Trzeba przeglądać się w innych kulturach i pytać: no dobrze, a ile jest w nas z Rosjanina, ile w nas z poganina i barbarzyńcy, ile z przedchrześcijańskiego Słowianina, a ile z Europejczyka?

Rozmowa z Włodzimierzem Staniewskim, założycielem teatru Gardzienice

Roman Pawłowski: Grudzień 1970, Łódź. Trwają Studenckie Spotkania Teatralne. Wydarzeniem jest spektakl Krzysztofa Jasińskiego "Spadanie" według Różewicza, ostry politycznie, zaangażowany. Obrady jury przerywa komunikat o zmianach w Biurze Politycznym w związku z wypadkami w Gdańsku. Zapada decyzja, żeby nagrodę przyznać "Spadaniu". Jeden z jurorów, wybitny krytyk Konstanty Puzyna, wspominał później: "Co tam cywilizacja, kosmos, przyroda i ludzkość wobec czołgów na ulicach Wybrzeża". Pan grał w tym spektaklu, prawda?
Włodzimierz Staniewski: Tak.
To dlaczego odszedł Pan od teatru politycznego i wyprowadził się z teatrem na wieś, do przyrody i "ludzkości"?
- Bo wydawał mi się minoderyjny, pozorny. To było komentowanie rzeczywistości, a ja chciałem pokazywać rzeczywistość taką, jaka ona jest. Chciałem odsłonić kurtynę tamtego teatru świata, który przecież oficjalnie nie istniał.
A jaka była rzeczywistość w Gardzienicach?
- W Gardzienicach wchodziliśmy w mitologię budowaną z dnia na dzień. Polityka nie sprowadzała się tu do politykierstwa, polegała na mówieniu o rzeczywistości wprost: przeklinaniu władzy, przeklinaniu życia, jak trzeba było - przeklinaniu Boga. Było to życie chwytane na gorąco, w całym swoim nieszczęściu i niedoli, takie, jakie się widzi na każdym kilometrze wędrówki. Ten teatr życia o wiele bardziej przemawiał do wyobraźni, zmysłów i światoodczucia niż komentarz robiony na scenach alternatywnych.
W tamtym czasie modne było uciekanie z miasta na wieś, nie tylko zresztą z powodów politycznych.
- Z perspektywy czasu być może wygląda, że wpisywaliśmy się w jakiś kontekst. Tyle tylko że nikt w owym czasie nie prowadził takiej działalności wobec ludzi, dla ludzi i z ludźmi, jak myśmy to robili. To, o czym pan mówi, to było wygodne życie w oazach na łonie przyrody. A my wchodziliśmy w sam środek życia wsi. Wyłaziło wszystko - stosunek do życia, rzeczywistości, historii. Weźmy nasze pierwsze podróże do Łemków. Był koniec lat 70. Nie wiedziałem nawet, że taka narodowość istnieje, nie słyszałem o akcji "Wisła". A tu Łemkowie o pierwszej czy drugiej nad ranem po zgromadzeniu opowiadają o swoich nieszczęściach, ile krzywd doznali ze strony naszych ojców. Zupełne przewartościowanie w głowie! Wielka lekcja historii i polityki! Ta ukryta pod pacykarstwem degrengolada, z którą mieliśmy do czynienia w miastach, tam, na wsi, wyłaziła na wierzch. Skrzek karłów i demonów słychać było z każdego kąta, z każdej ludzkiej duszy i każdych ust. Nic się nie skrywało. Ale oczywiście tylko ciemną nocą.
Nie było ucieczki od polskich tematów?
- Wchodziło się w nie głębiej. Świadomość ludzka była nimi przeorana najgłębiej, jak tylko można było.
A jak wieś reagowała na pojawienie się artystów? Bo chyba byliście najczęściej pierwszym teatrem, który tam występował.

- Żadna osada, do której docieraliśmy, niczego takiego wcześniej nie widziała. Były to najbielsze z białych plam na mapie kulturalnej Polski. Jak reagowali? Zaskoczeniem. Te nasze wizyty nigdy nie były zapowiedziane. O to miał do mnie pretensje Włodzimierz Pawluczuk, etnolog, uczestnik wielu wypraw. Uważał, że należy nasz przyjazd wcześniej ogłosić, oprzeć o władzę, sołtysa, o jakieś koło gospodyń, dać afisz, żeby to było rozpoznawalne. Ja nie chciałem, bo uważałem, że nie należy przyprawiać sobie od razu gęby. Niech ludzie zdecydują, kim dla nich jesteśmy. Dlatego nasza działalność była na początku amorficzna, było w niej coś z teatru i coś z głoszenia nowej, radosnej wieści.
Co to była za wieść?
- Kiedy przybysze przychodzą z daleka, pierwsza rzecz, której chcą miejscowi, to pogadać o tym, co w dalekim świecie. A my chcieliśmy się dowiedzieć, co słychać w tym świecie, w tym życiu. Więc był to transfer informacji na każdym poziomie. My o życiu materialnym, o polityce, o tym, co mówią w Wolnej Europie. Oni o kościele, dewocji, piciu, o miejscowych księżach zabawne historie. O biedzie, jak w tej piosence: "Powiadają ludzie, że bieda umarła - bieda leci przez wieś, ogona zadarła".
Wrzeszczeliśmy takie "wywrotowe" naonczas piosenki po wsiach, na całe gardło. Nasze rozmowy były jak przyśpiewki i przygadywanie na weselach. Taka konwencja najlepiej ludzi otwierała i przekonywała do przybyszów.
Jednak przede wszystkim poznawaliśmy się w działaniu. My prezentowaliśmy jakieś sceny i śpiewy, ludzie na to odpowiadali. Czasami bardzo żywo, a czasem byli onieśmieleni, spłoszeni i trzeba było ich wyciągać. Kiedy jednak pierwsze lody się stopiło, szło bardzo wartko.
Nawet za bardzo. Czytałem w jednej z relacji, że w pewnej wiosce ludzie chwycili za kamienie.
- Zdarzały się sytuacje dramatyczne, nasz pierwszy spektakl, oparty na "Gargantui i Pantagruelu" Rabelais'go, zawierał wyzywające sceny obyczajowe i religijne. Bywało, że ktoś ostro występował i burzył zebranych ludzi przeciwko nam. Raz czy dwa razy nas popędzono.
Ludzie chętnie przychodzili na Wasze zgromadzenia?
- Tak, mieli zdumiewającą gotowość do spotykania się przy muzyce. Poza tym w Polsce w tamtych czasach każdy dzień był karnawałem. Często tłumaczyłem ludziom na Zachodzie, na czym polega siła polskiego teatru. Otóż my mamy nieustający karnawał - a to święta religijne, a to państwowe, a to imieniny, wiele okazji do odczyniania biedy, nieszczęścia i szarzyzny życia.
W Pana przedstawieniach powraca obraz ludzkiej ciżby, zbitej w kłąb gromady ludzi w wiejskich ubraniach, którzy śpiewają, płaczą, klną, robią miny. Tak było przed laty w "Gusłach", tak zaczynają się dzisiaj "Metamorfozy". Z tej ciżby wieje grozą. Czy Pan się boi ludu?
- Może się nie boję, ale jestem przeciwny bezkrytycznemu podejściu do ludowości. Kraina ludowości może wywoływać nostalgię i pewien rodzaj romantycznych resentymentów, ale z drugiej strony trzeba wiedzieć, że to jest trochę jak u Krasińskiego w "Nie-Boskiej komedii" - wystarczy iskra, ażeby lud stał się karzącą ręką sprawiedliwości i zmiótł nas, którzy kierujemy się wyobraźnią, myślą i wrażliwością.
Byliście z wyprawami także na Kurpiach. Czy dawało się tam odczuć przeszłość, która wyszła wiele lat później na jaw w Jedwabnem?
- Zmory Jedwabnego do dziś jeszcze wyją również w gardzienickich okolicach. To jest przyczyną napięć, jakie mamy z pewnymi przedstawicielami lokalnej społeczności. Z powodu tych napięć nie chcę, żeby pewne "wojenne sprawy" wychodziły na światło dzienne za naszą przyczyną. Tu się nie żartuje. Tu się chwyta za żagiew. Cały spektakl "Gusła" z 1979 r. był przeniknięty głosami tamtego, eksterminowanego świata. Ci z kolegów, którzy przeszli przez ten spektakl, tutaj brali pierwsze lekcje o zgubionym ogniwie polskiej kultury.

Przez Gardzienice na przestrzeni 25 lat przeszło kilkuset młodych ludzi, studentów, naukowców, aktorów, reżyserów. Z Polski, Australii, Danii, Włoch, Ameryki, Niemiec. Czego tu szukali?
- Może miejsca do samorealizacji, a może spotkania ze sobą samym?
Wielu z nich rzeczywiście do dzisiaj mówi: jesteśmy z Gardzienic.
- Nie uważa pan, że ważne jest być skądś? Przez długie lata wielu ludzi w Polsce miało głębokie poczucie wyalienowania, nieobecności, nierzeczywistości. To się brało z tego, że nie wiedzieli, skąd są. Szukanie takiej ostoi, matecznika, w jakiś sposób legitymizowało ich tożsamość. Gardzienice były jak port, z którego się wypływa i dobija do mnóstwa innych portów. Później ma się swoją własną zatokę i własny port. Ale ważne jest, że raz się cumowało przy tej kei.
Nie wydaje się jednak Panu dziwne, że człowiek z Wrocławia, Poznania czy Bardo, Pańskiej rodzinnej miejscowości nad Nysą Kłodzką, szuka tożsamości na Huculszczyźnie czy Roztoczu, a nie we własnym domu?
- Można to wyjaśnić tylko mitologicznie, jak z Jazonem i wyprawą po Złote Runo. Są ludzie, których energia i wyobraźnia nie rymuje się z energią i wyobraźnią ich domu. Szukają więc takiego miejsca, aby poczuć jedność. Na pierwszych wyprawach śpiewaliśmy pieśń, która była niejako naszym zawołaniem rycerskim: "A gdzież moje kare konie, a gdzież moje lejce, hej na wschodzie zakochanie, na zachodzie serce". Chodziło o rozdarcie między tym, co jest z jednej strony naszym miejscem, z którego wyszliśmy - większość z nas pochodziła z zachodniej Polski - a tęsknotą za tym, co stracone, nieosiągalne, niedotykalne, a co znajdowaliśmy na Wschodzie.
Mimo wszystko trudno mi zrozumieć, jak można było porzucić Wrocław czy Kraków początku lat 70., Wrocław Tomaszewskiego, Różewicza i Grotowskiego, Kraków Swinarskiego, Kantora, Grupy Krakowskiej. Każde z tych miast było na swój sposób centrum życia kulturalnego.
- A jeśli centrum świata było gdzieś tutaj, w jakichś Gardzienicach czy Wierszalinie, w którym chcieliśmy zakładać z Pawluczukiem Nową Stolicę Świata Teatru, gdzieś w jakiejś Antoniówce czy Jędrzejówce na Roztoczu? Kraków, Wrocław, Warszawa nie musiałyby być centrum świata. Podobnie jest z Grecją. Jeśli prześledzimy historię starożytnej Grecji, to dostrzeżemy, że tej Grecji było tyle samo, a może nawet więcej w Azji Mniejszej niż w samych Atenach. Czyli na umownej prowincji. Zorganizowałem kiedyś międzynarodowe sympozjum pod hasłem "Prowincja wobec centrum". Udowadnialiśmy, że prowincja jest miejscem, gdzie życie jawi się w pełni. O wiele gęściej, prawdziwiej, wyraziściej. Stamtąd wychodzą najciekawsze prądy.
Jak ludzie z miasta reagowali na rzeczywistość prowincji?
- Było mnóstwo obaw, wstydu, oporu, niektórzy musieli być ciągnięci na siłę, mieli wiele obiekcji. Ja sam przy pierwszych wyprawach byłem przerażony ostentacyjną wulgarnością ludzi na wsi. Wulgarne słowa, wulgarne zachowania, erotyczne gesty nie były domeną tylko chuliganów czy pijaków spod sklepu, istniały także na zgromadzeniu. Ludzie ostentacyjnie grali ciałem. To właśnie cały Rabelais i cały Bachtin, który był dla mnie inspiracją. Społeczeństwo karnawałowe pokazywało swój wymiar teatralny w najbardziej uderzającym wydaniu.
Jak to wpływało na spektakle?
- Natychmiast to zapożyczałem. To mnie ośmielało - ach, to tak daleko można pójść w bezceremonialnym opowiadaniu o jakimś katechecie, który ma dwie kobity, jedną na plebanii, a drugą w sąsiedniej wsi? Ach, to można śpiewać takie przyśpiewki? Ale pojawiała się też na tych spotkaniach bardzo ostra polityka. Jeden z największych szoków, jakie przeżyłem, związany był z przyjazdem Papieża. Pojechaliśmy wtedy na Białostocczyznę do prawosławnej wsi. Kiedy wyjeżdżaliśmy naszym starym fordem, ludzie biegli za samochodem i krzyczeli "Etu waszu Papu riezat by treba!" ("Tego waszego Papieża trzeba by zabić"). Tu dopiero była lekcja historii. W sąsiedniej wsi w każdym domu były rozmowy o Papieżu, to był dla ludzi szok. I wtedy człowiek dowiadywał się o tym, co się działo we wsiach, które przed wojną były prawosławne czy greckokatolickie, jak to się stało, że katolicy odebrali cerkiew, jakie to były boje. W Jabłecznej na Łemkowszczyźnie pierwsi dotknęliśmy sprawy walki o Kościół, o której później pisała cała prasa. Wywiozłem tych ludzi do miejscowości Czarne spalonej do ziemi i nigdy nieodbudowanej. Cudem ostała się tylko drewniana cerkiew, wtedy już ruina. Pokazaliśmy w tej cerkwi fragmenty "Żywotu protopopa Awwakuma", a potem, w nocy, mieliśmy zgromadzenie u stóp cerkwi, przy ogniskach. Ludzie płacząc, opowiadali historie swojego plemienia. To były "Dziady" takie, jakich człowiek nie jest w stanie sobie wyobrazić. Nasza wyprawa na wieś nie była podróżą sentymentalną. Była to wielka lekcja człowieczeństwa, obywatelstwa i patriotyzmu, że uderzę w wyższe tony.
A co na to władza?
- Władza odnosiła się do nas z właściwą w owych czasach dla władzy pryncypialnością. Którejś z zim podczas wyprawy na Roztocze oko miało na nas SB. Jeździli za nami fiatem. We wsi Baranica wezwali mnie do tego fiata i odbyło się regularne przesłuchanie i poszturchiwania. Kto wie, jak by to się skończyło, gdyby nie obecność ekipy filmowej Andre Gregorego, który miał glejty z góry. My mieliśmy pisma Towarzystwa Kultury Teatralnej, które w bardzo wyszukanych słowach mówiły, jak ważne jest to przedsięwzięcie. Ale to widocznie nie wystarczyło, bo kiedy wyjechaliśmy z Baranicy, człowiek, który nas gościł, Jan Styk, został przez SB pobity. Za niewinność. W pewnych czasach niewinność kwalifikuje się jako grzech główny.
Ostro patrzono także na nasze peregrynacje po Łemkowszczyźnie. Podczas jednej z wypraw część grupy z Norwegii nocowała w tej nieczynnej cerkwi w Czarnej. Spaliśmy w chutorze półtora kilometra dalej. Przychodzimy rano, patrzymy, Norwegów nie ma. Był natomiast gryps w dziurce od klucza, że zostali nad ranem zaaresztowani przez SB. Znaleźliśmy ich na posterunku w Nowym Sączu. "Odbijanie" trwało cały dzień. Takie rzeczy się zdarzały. To dlatego nasze wizyty we wsiach były niezapowiedziane, chodziło też o to, aby uchronić się przed "komitetami powitalnymi" i wczesną interwencją władz.
Nigdy Pan nie chodził ze scenariuszami spektakli na cenzurę?
- Nigdy. Obowiązywało wtedy takie prawo, że jeżeli jest mniej niż 20 osób, to jest to klubowa impreza niepodlegająca kontroli. A do naszej sali w Gardzienicach wchodziło niewiele więcej.
Był to więc jedyny oficjalnie działający teatr w Polsce poza cenzurą?
- Na to wygląda.
Ale Wasze przedstawienia nie były takie niewinne. "Żywot protopopa Awwakuma" wystawiony w 1983 r. mówił o buntowniku religijnym, skazanym na katorgę i spalonym na stosie za uporczywe głoszenie heretyckich poglądów. W zagranicznej prasie otwarcie pisano, że to figura księdza Popiełuszki.
- Rzeczywiście, tak pisano, choć mnie nigdy nie odpowiadały takie dosłowne interpretacje. "Awwakum" mówił o tym, co bierze się z rozdętego maksymalizmu, kiedy człowiek obwarowuje się w swojej wieży z kości słoniowej, gotów złożyć w ofierze wszystko - życie, rodzinę.
A "Carmina Burana" z roku 1990? Pisano, że to odpowiedź na polską rewolucję 1989 r.
- Klimat tamtych czasów na pewno wpłynął na dobór materiału. Oparliśmy się na pieśniach z wczesnego średniowiecza, okresu intensywnego rozwoju cywilizacyjnego i kulturalnego, o czym zapominamy. Była w nich wielka radość i rwanie się do wolności. To się zrymowało z przełomem roku 1989, wybuchem radości i wielkiego optymizmu, że świat będzie od teraz piękniejszy, jaśniejszy i przepełniony miłością. Śpiewaliśmy "Hymn o miłości" św. Pawła i jego średniowieczne transpozycje, bo współczesnych nie ma, mówiliśmy tekstami z "Tristana i Izoldy", tego najpiękniejszego, najgłębszego poematu miłości, jaki ludzkość kiedykolwiek wydała.
Prawosławie, średniowiecze, później antyk, wyprawy na Ukrainę, do Laponii, Meksyku. Z czasem coraz dalej odchodziliście od Gardzienic, Lubelszczyzny, w ogóle Polski. Nie bał się Pan, że w końcu stracicie z pola widzenia to, od czego zaczynaliście - swojską, rodzimą kulturę?
- Za każdym razem to była i jest próba spojrzenia przez inną kulturę i inny czas historyczny na własną kulturę, swojskość, rdzenność, rodzajowość. Przecież my, Polacy, nie jesteśmy społeczeństwem homogenicznym, zostaliśmy porozdzierani historią. Ten wielki krzyk, żeby przebierać jak najszybciej nogami do Unii Europejskiej, jest jak krzyk rozpaczy, że jeśli nie zostaniemy przyjęci do tego wspólnego domu za chwilę, zupełnie stracimy swoją tożsamość i rozwalimy ten dopiero co odzyskany dom. Polskość jest strasznie dziwnym i nieklarownym pojęciem. Trzeba przeglądać się w innych kulturach i pytać: no dobrze, a ile jest w nas z Rosjanina, a ile z dostojewszczyzny, ile w nas z poganina i barbarzyńcy, ile z przedchrześcijańskiego Słowianina, a ile z Europejczyka, ale tego, którego kultura, odwaga, szlachetność, honor kształtowały się w wiekach średnich, w najpiękniejszym okresie kształtowania się cywilizacji nowożytnej?
Ile Greka?
- Właśnie, Greka i Grecji, której ducha wywoływaliśmy gromkim głosem od początków wolności, że my przecież nie stąd! My znad Morza Śródziemnego! To my są Grecy! Jeszcze chwila, a Wincenty Kadłubek ze swoją koncepcją historiozoficzną stanie się głównym nauczycielem naszej historii. A niech pan porozmawia z inteligencją, czy się przypadkiem na Kadłubka nie powołuje i na całą koncepcję sarmatyzmu. Dlatego potrzebne jest to przyglądanie się przez cały czas naszej swojskości, która jest amorficzna, nieklarowna, nieprzejrzysta. Wszystko, co w niej przejrzyste, to są te kufaje, gumiaki, ten charakterystyczny wiejski chód, to machnięcie ręką na wszystko, to zaprawione latami nieszczęśliwej historii sarkastyczne spojrzenie na życie, które jest przyczyną, że nic się nigdy nie doniesie, nie dorobi do końca, bo nie warto. I ta niezwykła, olśniewająca wręcz inteligencja w perswadowaniu, dlaczego czegoś nie da się zrobić, przy przerażającym braku woli, żeby tę samą pomysłowość i inteligencję zaprząc do rozwiązywania problemów. Sól tej ziemi jest tym, do czego w teatrze warto wracać. Wszystko, co jest na wierzchu, jest bardzo ambiwalentne. Stąd sceny w każdym naszym spektaklu, w których przegląda się gęba swojskości.
"Metamorfozy" według Apulejusza w Pańskiej reżyserii zaczynają się od sceny, w której gromada wiejska, ta sama, która wywoływała duchy w "Gusłach" Mickiewicza, zmienia się nagle w grupę Greków. Czy to nie jest zbyt wielki skrót myślowy - z Gardzienic do Aten, a nawet, jeśli uwzględnić miejsce zamieszkania Apulejusza, do Afryki Północnej?
- Nie uważam, aby w tym skojarzeniu było coś niewłaściwego. Pytanie powinno brzmieć: ile w tej przemianie larwy w motyla jest tęsknoty, ile marzenia, a ile przekonania i wiary? Kim jesteśmy i skąd przychodzimy - to jest zasadnicze pytanie, które powinniśmy sobie codziennie, rano, wieczór, we dnie, w nocy zadawać.
Pracuje Pan teraz nad "Elektrą" Eurypidesa. Jak Pan odniesie historię zagłady domu Atrydów do swojskości?
- U Eurypidesa interesuje mnie mechanizm, który pociąga za sobą całą serię morderstw. Skąd bierze się ta potrzeba bezmyślnego zabijania? Czy z fatum, jak tłumaczy mitologia? Czy raczej z zaczadzenia? Moment, w którym bohaterowie podnoszą nóż czy topór, przypomina to, o czym dzisiaj czytamy w gazetach. Gdzieś zabalowała banda gówniarzy, zaczadzeni pojechali na miasto, zobaczyli jakichś znajomych, wzięli ich do lasu i zabili. Inni zaczadzeni gówniarze pojechali do Lasku Bielańskiego, zobaczyli młodych ludzi przy ognisku, porwali jednego z nich i zakatowali. Z czego bierze się ta niemożność zatrzymania rozkręcającej się sprężyny przemocy? Bo przecież w każdej chwili można ją zatrzymać. Tak jak u Eurypidesa - wydaje się, że Ifigenia nie powinna zginąć, Agamemnon nie chce poświęcić córki, Achilles bierze ją w obronę, a jednak dochodzi do ostatecznego, fatalnego aktu.
Słyszałem o planach zbudowania w Gardzienicach centrum kultury starożytnej. Skąd ten pomysł?
- Nadchodzi wielka fala zainteresowania starożytną Grecją, młodzież na tym punkcie zupełnie oszaleje, będzie to coś w rodzaju mody, jak kiedyś moda na Indie czy Amerykę Południową. Dlatego w Polsce, w Europie Wschodniej, potrzebujemy takiego ośrodka, w którym kultura grecka byłaby obecna na co dzień. Myślę o stworzeniu w Gardzienicach namiastki lasu ateńskiego, z biblioteką, małym, żywym muzeum z replikami starożytności, w tym instrumentów, z twórczą rekonstrukcją technik starożytnego teatru.
Czy jednak nie wydaje się Panu komiczne budowanie kawałka Grecji właśnie tu, na Lubelszczyźnie, w otoczeniu tych drewnianych chałup i ludzi, którzy z grecką kulturą nie mają nic wspólnego?
- A cóż śmiesznego w tym, że okoliczna młodzież - uczniowie z Gardzienic, Piask, Częstoborowic, Fajsławic - będzie mogła poznawać grecką kulturę? Cóż złego w pokazywaniu, że muzyka nie zaczęła się od Bacha i Vivaldiego, czy od Chopina, ale od starożytnej Grecji? A cóż komicznego w przybliżaniu greckiej filozofii poprzez analogię do mądrości ludowej, choćby tak, jak to świetnie zrobił ksiądz Józef Tischner? Cóż w tym dziwnego, że będzie się rekonstruować układy choreograficzne z rysunków zachowanych na wazach i przybliżać Grecję przez analogię do współcześnie żywych kultur tradycyjnych? Z czym będziemy wchodzić do Europy, jeśli nie będziemy znać jej tradycji, jak jej będziemy uczyć w tych biednych szkołach? To są rudymenty naszej kultury i cywilizacji, naszego światopoglądu, czegokolwiek tkniemy, ktokolwiek wymądrza się na temat współczesnych problemów świata, odwołuje się do Greków. Odwołujemy się często do kanonu, a tymczasem trzeba pamiętać, że tak jak z ewangeliami poza kanonem istnieje wiele niekanonicznych, ciekawych tekstów. O nich chcielibyśmy rozmawiać.
Może nie jest to komiczny pomysł, ale na pewno szalony.
- To dobre słowo. Szalony projekt, jak wszystko tutaj na tej "ziemi nigdzie".

Rozmawiał Roman Pawłowski