|
|

gardzienickie gesty
Włodzimierz Lengauer
Język gestów nie należy dziś do powszechnie zrozumiałych sposobów
komunikowania, ekspresja ciała została w najlepszym razie silnie
zindywidualizowana, a wydaje się wręcz, że współczesna kultura europejska,
dopiero teraz odkrywająca na nowo mowę ciała, zepchnęła
wiele i naturalnych i niegdyś skonwencjonalizowanych zachowań
cielesnych do sfery nieprzyzwoitości. Z zachowań naturalnych niemal
ukryto płacz, przynajmniej gdy idzie o mężczyzn. Często za wysoce
niestosowny uchodzi dotyk ciała drugiego człowieka, a także, w niektórych
przynajmniej okolicznościach, nadmierna mimika twarzy czy
żywa gestykulacja. Zresztą w mniejszym lub większym stopniu nauczyliśmy
się powściągać emocje, a jeśli je okazujemy, używamy oszczędnych
środków. Dotyczy to nie tylko naszych zachowań w codziennym
życiu społecznym (tak w prywatnej sferze rodziny, jak i w przestrzeni
publicznej), lecz także sztuki, w szczególności teatralnej, gdzie wielkie
napięcie buduje się często w sposób chłodny i wyważony. Zapomina-
my o szekspirowskim wrzasku towarzyszącym wściekłości.
Konsekwencją dobrze znanego faktu, że kultura grecka, także jeszcze
w okresie klasycznym (V - IV w. p.n.e.), miała charakter przede
wszystkim oralny, jest ogromna rola słowa mówionego, które nie mogło
się obejść bez ruchu i gestu. U Homera w Odysei występowi poety
epickiego (Demodokos na Scherii), który recytując, czy raczej śpiewając,
sam sobie akompaniuje na formindze, towarzyszy taniec młodych
Feaków. Przedstawienie teatralne w Atenach V wieku było zaś przede
wszystkim barwnym i hałaśliwym widowiskiem. Chór, zupełnie inaczej
niż dzieje się to czasem we współczesnych inscenizacjach klasycznego
dramatu greckiego, był przede wszystkim zespołem tańczącym.
Musiał zachowywać się dynamicznie, by jego ruch mogli śledzić widzowie
z najwyższych i najdalszych rzędów. Inna sprawa, że nie znamy
układów choreograficznych ani tragedii, ani komedii, a przekazane
w źródłach terminy pozostają dla nas pustymi nazwami. Powiada się
dziś czasem, że teksty znanych nam dramatów (tak tragedii jak i komedii)
to tylko scenariusze, których realizację z trudem możemy sobie
wyobrazić. Podobnie bezradni jesteśmy, gdy idzie o naszą znajomość
techniki i sposobu gry aktorów tego okresu. Można powiedzieć tylko
tyle. że w zawodzie aktorskim (w V wieku można już mówić o profesji
aktora) liczyła się niemal przede wszystkim siła głosu, a to samo dotyczy
zapewne chórzystów. Widowisko teatralne w Atenach było popisem
głośno krzyczących i żywo gestykulujących wykonawców, którym
towarzyszyła muzyka.
Oczywistą jest rzeczą, że tak ruch chóru, jak i gestykulacja aktorów
należały do środków artystycznych właściwych przedstawieniu
teatralnemu, ale zarazem były to dobrze znane widzom zachowania
o czytelnym znaczeniu, występujące w obrzędzie, przemówieniach
w trybunale sądowym czy wręcz w życiu codziennym. Najbardziej
pobieżna lektura Homera przynosi obraz i skonwencjonalizowanych
gestów (najczęściej błagalników), i żywych, wybuchowych reakcji bohaterów,
a to pozornie spontaniczne zachowanie jest również konwencjonalne
i zrytualizowane. Można przewidzieć, kiedy bohater wybuchnie
płaczem, kiedy uniesie się gniewem i kiedy potraktuje rozmówcę
krzykiem i obelgami.
Dziś chętnie zapominamy, że ludzie antyku (wcale nie tylko bohaterowie
Homera) zachowywali się gwałtownie i hałaśliwie, że kierowali
się emocjami i wyrażali je poprzez żywą, dynamiczną mimikę
i gestykulację, że bywali wulgarni, że obrzucali się wyzwiskami i często
bez zastanowienia wdawali się w bójki prowadzące do przelewu krwi.
Łatwo można wykazać, że kultura nowożytna konsekwentnie pomija
niepasujące do "klasycznego" obrazu starożytności wątki mitów czy
literatury greckiej, drastyczne nie tylko w sferze erotyki, lecz właśnie
świadczące o sile irracjonalizmu, szału, emocji czy okrucieństwa. Słynna
książką Erica Doddsa z 1951 roku Grecy / irracjonalność (jej polskie
tłumaczenie ukazało się dopiero dwa lata temu) była śmiałą próbą
zmiany tego stanu rzeczy. Spowodowała zmianę paradygmatu naukowego,
a zapoczątkowane przez nią nowsze badania przyniosły także
inne, nowatorskie interpretacje tragedii, świąt, obrzędów i całości
uchwytnych źródłowo zachowań Greków w sferze publicznej. Mimo
to w naszej kulturze nadal przywołuje się najczęściej stworzony przez
kolejne humanizmy europejskie i klasycyzm w sztuce obraz dostojnego,
nieco chłodnego i racjonalnego antyku, pełnego niemal doskonałej
harmonii. Trudno się dziwić, że takie oblicze starożytności greckiej
wydaje się czasem nudne i nie odpowiada dzisiejszej wrażliwości wielu
twórców i odbiorców kultury utrzymujących, że miejsce Greków jest
już jedynie w muzeum, a Antygona Sofoklesa może być tylko sposobem
na pognębienie dręczonej przez nauczycieli młodzieży szkolnej.
O antyku w kulturze popularnej raczej szkoda mówić.
Tymczasem znawcy nie mają dziś wątpliwości: antyk zawiera w sobie
treści zadziwiająco nam bliskie, a z kolei nasza współczesna wiedza,
kultura i wrażliwość pozwalają lepiej odczytać i zrozumieć dzieła Greków,
niż naszym poprzednikom szukającym w starożytności uniwersalnych
i niedościgłych wzorów, które jakoby człowiek współczesny
mógł tylko naśladować. Współczesna antropologia kultury dzięki osiągnięciom
etnologii stała się codziennym narzędziem badawczym dzisiejszej
filologii i historii kultury, a warto przypomnieć, że jeden z najwybitniejszych
przedstawicieli ostatniego humanizmu niemieckiego,
znakomity filolog Ulrich von Wilamowitz-Moellendorff z niesmakiem
odnosił się do poszukiwań i koncepcji Jamesa Frazera, który przecież
też zaczynał od filologii klasycznej. Dzieło Wilamowitza daje zupełnie
inny obraz greckiej tragedii niż proponowany przez najwybitniejszego
współczesnego znawcę przedmiotu, Pierre Vidal-Naqueta, którego
koncepcje, tak wiele zawdzięczające antropologii, wyrosły z francuskiego
strukturalizmu. W obecnym stanie badań nad kulturą antyczną
dobrze widać, jak dalece powstające dziś prace są częścią naszej,
współczesnej kultury. Paradoksalnie, ten stan rzeczy spowodowany
jest podstawowym dziś paradygmatem, stanowiącym zaprzeczenie
stanowiska humanistów XVIII - XIX wieku, a zakładającym, że antyk
grecki to kultura z gruntu inna niż nasza i w żadnym razie nie może
być wzorem dla współczesnego człowieka. Ale dostrzeżenie inności
zawsze wzbogaca podmiot obserwujący i mówi mu coś o nim samym.
W innym widzimy nagle nas samych, inność to zwierciadło, w którym
spostrzegamy siebie i swoje cechy, tyle, że tak jak w lustrzanym odbiciu,
wszystko znajduje się po przeciwnej stronie.
Włodzimierza Staniewskiego zawsze pociągała autentyczność i archaiczność
kultury ludowej, w której szukał cech uniwersalnych. Dlatego
osiadł ze swoim Ośrodkiem Praktyk Teatralnych właśnie w Gardzienicach.
Wydaje się też, że nigdy nie wierzył w przeciwieństwo kultury
niskiej i wysokiej, i dlatego sięgnął po Metamorfozy Apulejusza, tekst
intrygujący, o którym sam mówił, że jest "próbą przerzucenia mostu
między kulturą swojską a wysoką". Przez tę "swojską" rozumiał zresztą
nie kulturę czasów Apulejusza. lecz kulturę ludową w ogóle, odnajdywaną
też na Lubelszczyźnie. Fascynacja Staniewskiego kulturą ludową
pozwoliła mu na oryginalną interpretację Metamorfoz, na takie odczytanie
tekstu, które uznać można za udzielenie odpowiedzi na pytanie
o charakter tego dzieła. Jest bowiem do dziś przedmiotem uczonych
rozpraw, dlaczego Apulejusz, subtelny intelektualista, znawca i zwolennik
filozofii Platona, wykorzystał znany w jego czasach w literaturze
popularnej motyw przemiany w osła (u Lukiana pretekst do humorystycznego
dialogu odwołującego się do sprośnej, niemal pornograficznej
opowiastki z gatunku dość szeroko rozpowszechnionego w literaturze
greckiej od epoki hellenistycznej). Na dodatek napisał powieść
językiem wulgarnym (w znaczeniu latina vulgaris). co daje dodatkowy,
nieco szokujący efekt w opowiadaniu o Erosie i Psyche, nawiązującym
otwarcie do Platona.
Staniewski nie zrobił, rzecz oczywista, adaptacji scenicznej Apulejusza.
Stworzył przedstawienie łączące w sobie zabawę ludową z refleksją
nad człowiekiem, wplótł weń fragmenty z Platona, a całość
uczynił żywym, barwnym i głośnym widowiskiem, w którym odczytać
można niemal wszystkie ludzkie lęki i emocje. Podobnie potraktował
muzykę, dając w Metamorfozach świetną antologię autentycznych, zachowanych
utworów muzyki greckiej w dynamicznym opracowaniu
Macieja Rychłego. W przedstawieniu najważniejsze chyba było ukazanie
emocji przez rytm. ruch i gesty. Apulejusz przemówił nowym głosem,
trafiając do współczesnego widza. Okazało się. że tekst antyczny
nie potrzebuje starannej rekonstrukcji, pełnej szacunku i filologicznej
akrybii. by stać się częścią naszej dzisiejszej kultury.
Staniewskiego, jak się zdaje, zawsze fascynował ruch i gest. Z jego
zainteresowań tańcem antycznym, znanym praktycznie tylko z ikonografii,
głównie wazowej, wyrosła choreografia Metamorfoz. W chorei
greckiej dostrzegł on nie tylko jej walor widowiskowy, ale coś znacznie
więcej: zdolność komunikacji i budowania relacji między ludźmi poprzez
użycie gestów i ekspresji ciała. Zresztą teatr Staniewskiego to
więcej niż widowisko, to właśnie sposób na nawiązanie kontaktu z widzami,
którzy przestają być tylko widzami, lecz stają się uczestnikami.
podobnie jak to było w teatrze ateńskim V wieku p.n.e., kiedy publiczność
brała po prostu udział w obchodach święta Dionizosa. Z takiego
rozumienia teatru wyrosło i ostatnie przedstawienie Gardzienic. Elektra
Eurypidesa, i miejsce, jakie znalazł w nim Staniewski dla greckiej
cheironomii.
Wątek Elektry podejmowali wszyscy trzej wielcy tragicy greccy,
a sztuka Eurypidesa w największym chyba stopniu ukazywała dramat
obojga matkobójców. Elektra jest u niego współuczestniczką mordu,a po zabójstwie przeżywa straszny czyn tak samo jak Orestes. Powoduje
nimi chęć zemsty, lecz potem przychodzi rozpacz. W relacji
Orestesa scena mordu wygląda przerażająco: matka błaga o życie,
a zabójcy dokonują czynu z pełną świadomością jego okropieństwa.
wiedząc, że wyłączają się przez to ze społeczności ludzkiej i wiążą ze
sobą strasznym węzłem. Zakończenie przynosi wprawdzie nadzieję:
wiemy, że Orestes zostanie oczyszczony i w Atenach uwolniony od
winy, a jego siostra poślubi Pyladesa. Ale w ostatnich słowach chóru
o szczęściu i radości można dopatrzyć się goryczy. Pamiętać też warto,
że już w starożytności uważano Elektrę w ujęciu Eurypidesa za postać
mało heroiczną, wplecione przez poetę realia codzienne raziły krytyków
antycznych, do których najwyraźniej nie trafił zamysł twórcy:
ukazanie bohaterów tragicznych z ich emocjami, wahaniami, załamaniami
i wątpliwościami, jak zwykłych ludzi postawionych w niezwykłej
sytuacji. Słusznie się dziś czasem wskazuje, że Elektra Eurypidesa
różni się od wizji Ajschylosa czy Sofoklesa przede wszystkim znacznie
mniejszym ładunkiem religijności. Orestes i Elektra działają niejako na
własny rachunek, a nie zgodnie z planem bogów.
Cheironomia lub w wersji łacińskiej chironomia (gr. cheir - "ręka",
czasownik cheironomeo - "gestykulować") to u autorów antycznych
przede wszystkim element układu choreograficznego, żywa gestykulacja
tańczącego chóru, która wykazuje sprawność fizyczną i umiejętności
tańczących, a jednocześnie pozwala wyrazić, podobnie jak rzeźba,
stan człowieka i jego uczucia. Elektra Staniewskiego powraca do
greckiej c h e i r o n o m i i , a raczej odwołuje się do takiego sposobu
przedstawiania i komunikowania nie tylko uczuć i nastrojów, lecz całych
sytuacji.
Staniewski nazwał swoje przedstawienie "esejem teatralnym",
a dostępny program (gdzie, nawiasem mówiąc, błędnie użyto nieistniejącego
terminu "chieronomia") wylicza trzydzieści jeden odrębnie
zatytułowanych scen. Istotnie, gardzienicki spektakl nie jest spójnym
dziełem, dającym wierną inscenizację tekstu Eurypidesa, ale trzeba
tu zaznaczyć, że znane dziś teksty tragedii, sięgające tradycji z końca
IV wieku p.n.e., niekoniecznie są dokładnie tymi, które wystawiali
autorzy, a jak już była mowa, nasza ignorancja co do tego, jak
wyglądało przedstawienie w V wieku, w szczególności jego oprawa
muzyczna, jest niemal zupełna. Na miano eseju zasługuje zaś dzieło
Staniewskiego przede wszystkim dlatego, że nie stanowi ono w zamierzeniu
jednolitego widowiska, w którym akcja sceniczna oddaje
fabułę tragedii z jej klasyczną (w rozumieniu Poetyki Arystotelesa)
budową. To rzeczywiście sceny. Najważniejszy w nich jest ruch i muzyka.
Słowo, które nie zawsze trafia do widza (zwłaszcza, że obok
polskiego językiem aktorów jest również angielski i greka), ma tu
znaczenie drugoplanowe, natomiast pełen ekspresji sposób podania
słowa jest, podobnie jak i cheironomia, czynnikiem budującym atmosferę
widowiska.
Przypomnieć warto w tym miejscu, że według Arystotelesa podstawą
katharsis przeżywanej przez widza jest utożsamienie się z bohaterem
tragicznym. Nie oznacza to. rzecz jasna, że widz ma odkryć
w sobie Edypa (freudowski "kompleks Edypa" to chyba najbardziej
trywializująca interpretacja antycznego mitu) lub chęć zamordowania
matki. Arystoteles dobrze wiedział, że sytuacje z mitów stanowiących
osnowę tragedii nie występują w codziennym życiu Ateńczyków. Ale
w teatrze widz ma żyć emocjami postaci ze sceny, odnaleźć w sobie ich
lęki i rozpacz. Widz wciągnięty bez reszty w przedstawienie gardzienickie
przeżywa katharsis.
Elektra Staniewskiego mogłaby mieć motto z Szekspira. Ukazuje,
że życie jest pełne "furii i wrzasków". Pokazuje też, że postacie mitu
greckiego mogą znaleźć miejsce w naszym świecie.
|