|
|
"Plus
- Minus"
5-6.10.2002
ROZMOWA
Z WŁODZIMIERZEM STANIEWSKIM
Teatr gestu
Rz: Teatr Gardzienice wziął się... z upadku. Wspomniał pan w naszej
rozmowie przed laty, jak wywrócił się w Gardzienicach na motorowerze
w łachę piachu, co stojący nieopodal przed sklepem mężczyźni skwitowali
śmiechem. Czy to ich reakcja sprawiła, że zatrzymał się pan w tej
miejscowości na ćwierćwiecze?
WŁODZIMIERZ STANIEWSKI: Jeżeli chcemy budować legendę, to przyczyną
upadku było spalenie skrzydeł przez słońce. Mówię oczywiście o Ikarze
- pięknie wyobrażonym przez Breughla, gdy ledwie widoczny styka
się z ogromem padołu ziemskiego. Ja też zetknąłem się z nim twarzą
w twarz, ze smętkiem, niedolą i rozpaczą egzystencji wschodniego
polskiego rezerwatu. To było mocne uderzenie w serce i głowę. Tak,
to autentyczna historia. Kolega z Teatru Scena 6 w Lublinie - należał
do grupy ludzi, którzy mnie tu zaprosili - wiózł mnie z Lublina
na motorowerze marki Komar. Siedziałem bokiem, z tyłu, na metalowym
bagażniku. Już od dwóch lat jeździłem wtedy po "ścianie wschodniej",
szukając odpowiedniego miejsca do pracy: a to na Sejnenszczyźnie,
a to na Podlasiu, to znów na południu. Ktoś nam wskazał to miejsce,
mówiąc, że może się nadać do zrobienia letniego kursu. I rzeczywiście
wywaliliśmy się przy mleczarnio-sklepie, a tubylcy śmiali się serdecznie
i życzliwie, niby Zaporożcy z obrazu Riepina. Mnie, przyjezdnemu
z zachodniej części kraju, wszystko tu kojarzyło się z Dalekim Wschodem.
Począwszy od Bramy Krakowskiej w Lublinie, która wyglądała jak wejście
do minaretu, a skończywszy na widoku z dziedzińca u stóp ulicy Grodzkiej,
bo wtedy jeszcze nie było nowych osiedli. Przed oczyma rozpościerały
się stepy - prawie akermańskie. Legenda mówiła, że do niedawna stał
tam kilkusetletni dąb, pod którym usnął Bolesław Śmiały. W śnie
ujrzał Tatarów najeżdżających te ziemie. Na jawie pozwoliło mu to
przedsięwziąć środki obronne i uratować przedmurze chrześcijaństwa.
Ja też, oczyma wyobraźni, dostrzegłem w tych stepach mongolskie
twarze.
Kolejnym przedstawieniem Gardzienic przygotowywanym przez pana są
"Sceny z Elektry" wg Eurypidesa. Poprzedni, "Metamorfozy"
wg Apulejusza, zainspirowała rekonstruowana starogrecka muzyka.
Jaka - jak pan to nazywa - "konstelacja" stała się punktem
odniesienia do najnowszego spektaklu?
Konstelacja jest dla mnie bardzo ważnym pojęciem. Oznacza przede
wszystkim odpowiedni zespół ludzi. Zawsze z dużą desperacją sprzeciwiałem
się mówieniu o teatrze jako o zespole, co, jak wiadomo, w tradycji
teatru nowoczesnego jest pojęciem świętym. Po to, żeby mógł zaistnieć
teatr artystyczny, potrzebny jest zespół. Zawsze mówiłem, że czegoś
takiego jak zespół nie ma i być nie może. Zespół jest humbugiem,
pojęciem amorficznym i niejasnym. Można zatrudnić ludzi, zrobić
obsadę i mieć drużynę połączoną wspólnymi interesami, co nie zmienia
faktu, że pojęcie zespołu jest mało przejrzyste. Po to, żeby można
było stworzyć przedstawienie, potrzebna jest odpowiednia konstelacja
ludzka, w której wytworzy się odpowiednia chemia związków - dla
wymiany myśli i uczuć w zgodzie dążenia we wspólnym kierunku. Dlatego
też nasze kolejne spektakle powstają dość rzadko. Konstelację ludzką
tworzy rodzaj powinowactwa, który bierze się z wyrażenia zgody na
odczynienie sztuki teatralnej za pomocą znaku - gestu. Przez ostatnie
dwa lata pracowałem nad tym z młodzieżą w łonie naszej Akademii
Praktyk Teatralnych. Dołączyli też niektórzy z aktorów, którzy widzą
w tym nową perspektywę dla siebie.
Są dokumenty, które mówią o tym, że w dramacie antycznym oprócz
warstwy słownej i muzycznej równie nośną pod względem semantycznym
była warstwa gestu. To oczywiście nie była prosta ilustracja akcji,
lecz cały alfabet gestów, pozwalający skomplikowane treści przekazywać
bez użycia słowa i muzyki. Gest jest najnowszym etapem naszych poszukiwań,
poza muzyką, tak znaczącą w "Metamorfozach". Maciejowi
Rychłemu dałem wówczas zadanie szukania muzyki między drugim wiekiem
przed naszą erą a drugim wiekiem po Chrystusie. Poszliśmy jednak
bardziej w głąb dziejów, sięgając do czasów Eurypidesa - do reliktów
muzyki, których nieliczne szczątki przetrwały na papirusach i kamieniach.
Teraz z całym pietyzmem i odpowiedzialnością skupiamy się nad gestem.
Poza fragmentami "Dziadów" Mickiewicza w "Gusłach"
nie korzystał pan w teatrze z tekstów stricte dramatycznych. Na
jakim etapie pracy nad najnowszym przedstawieniem pojawił się pomysł
sięgnięcia do "Elektry"?
Z początku chciałem zrobić opowieść o samym Eurypidesie i rozpaczy
procesu twórczego. O samotniku, który po ojcu odziedziczył grotę
w Salaminie i zgromadził w niej, między kamieniami, jedną z najbogatszych
bibliotek owego czasu. Siedział u wylotu swej groty, patrzył na
morze i dumał. Krążył po ulicach polis, przysłuchując się żywym
dysputom przedstawicieli różnych szkół, by przejąć się szczególnie
filozofią stoików. Jak mało który ze starożytnych, penetrował tajemnice
natury kobiety. Tułał się też trochę po peryferiach. Jego koniec
był tyleż fascynujący, co i marny. Zaproszony na dwór władcy Macedonii,
chodząc po ostępach leśnych, został zagryziony przez dzikie psy.
Myślałem o biografii Eurypidesa z wykorzystaniem fragmentów jego
sztuk, głównie "Elektry", ale też "Ifigenii"
i "Orestesa". W końcu doszedłem do wniosku, że manipulowanie
dramatami jest zbyt ryzykowne i lepiej trzymać się jednego tekstu
"Elektry", w którym jest wyrażone wszystko, co potrzebne
- tajemnica natury kobiety i tajemnica nakręcania się spirali zbrodni.
Podobne, wypisz wymaluj, do tego, co się dzisiaj dzieje - co widzimy
w dziennikach telewizyjnych, o czym czytamy w gazetach - o demonach
nie do opanowania, które wyzwalają się nieoczekiwanie i skazują
nas, ludzi, na czyny okropne. Jest tam też owa mordęga procesu twórczego.
Spróbowałem się z tym zmierzyć. Jest to walka beznadziejna, która
może skończyć się totalną katastrofą. Zostanie może technika pracy
nad gestem.
Sporządzony na wasz użytek alfabet gestów liczy ok. 160 pozycji.
Czy wszystkie są oryginalne, przeniesione z antyku?
Zawsze trzeba się trzymać jakiegoś punktu odniesienia wpisanego
na trwałe w kulturze, bo zbyt daleko idące eksperymentowanie prowadzi
na manowce. My trzymamy się wizerunków z waz i rzeźb. W "Metamorfozach"
było to tylko zasygnalizowane, choć demonstracja pracy, którą niekiedy
robiliśmy po tym przedstawieniu, stanowiła już przygotowanie do
Eurypidesa. W większości są to znaki - układy ciała, ruchy dłoni
i ramion - w których można znaleźć odniesienie do konkretnych obrazów.
Jednak tam, gdzie efekt rodzi się z wysokiej gorączki aktora i siła
wyrazu gestu jest nieodparta, utrwalamy jego rysunek. Bywają więc
i takie, do których w rzeźbie i malarstwie starożytnym nie da się
znaleźć analogii. Pozostawiamy taki gest, jako rodzaj osobistego
wkładu aktora, z wiarą, że musiał istnieć, skoro ma tak nieodpartą
siłę wyrazu. Istnieją przekazy, że w tradycjach archaicznych byli
opowiadacze odgrywający za pomocą gestów całe historie. Są na ten
temat ciekawe zapisy, m.in. u Lukiana w dziele o sztuce tańca. Są
różne kanony opowiadania historii gestem. Mnie zainteresował stan
graniczny, w którym pewien układ ramion, ciała, głowy, korpusu znamionuje
bez reszty określony stan. Tę, a nie inną emocję. W spektaklu użyte
są obie techniki: odpowiedniości gestu wobec wypowiadanego słowa
i zatrzymania gestu - jak na słynnej rzeźbie grupy Laokoona - w
momencie wezbrania.
Czy w podróżach teatralnych, niekiedy dalekich i egzotycznych, spotkał
się pan z technikami gestu, które znalazły odzwierciedlenie w najnowszym
przedstawieniu?
Jedna z ciekawszych historii przydarzyła mi się w latach 80. u Indian
Zuni. Poprosiłem przewodnika rytuału tańca deszczu, by zaśpiewał
jedną z pieśni. Powiedział, że zrobi to jego wnuk. Szeptał mu słowa
pieśni, a wnuczek pokazywał to gestami. W mnemotechnice, czyli technice
zapamiętywania, też używa się precyzyjnego alfabetu gestów, w którym
zaklęte były słowa. W tradycjach oralnych pozwalał przekazywać słowa
przez pamięć gestów. Myślę, że w tradycjach archaicznych i ludowych
funkcjonowało to nawet bardziej niż zapamiętywanie melodii i tonów,
dzięki którym z pokolenia na pokolenie przekazywano warstwę słowną.
Nie tyle uczono się recytacji, co treści gestów, z wpisanymi weń
słowami. Obyczaj taki funkcjonuje w wielu kulturach, nie tylko u
Indian Ameryki Północnej. Na południu Włoch osoby śpiewające odtwarzają
zespół zawsze podobnych gestów. Tak, jakby się chciało dotrzeć z
danym słowem nie tylko do uszu, ale i oczu odbiorcy.
Włosi są najbardziej rozgestykulowaną i ekspresyjną nacją w Europie.
Wszystkie przedstawienia Gardzienic cechuje zresztą sugestywny i
wysoki poziom ekspresji. Wynika to oczywiście z charakteru i temperamentu
aktorów oraz pana jako reżysera. Czy sądzi pan - trzymając się kwestii
gestu - że w starożytnej Grecji był on równie wyrazisty?
Wiemy na pewno, że istniała taka poetyka sceniczna, w której gestykulowanie
funkcjonowało jako pewien rodzaj pantomimy i autonomiczny środek
wyrazu. Natomiast, czy w dramacie antycznym posługiwano się gestem
jako środkiem wyrażającym treść obok słowa, to jest wielkie pytanie.
Poważę się zaryzykować twierdzenie, że tak. Że ciągłości słów wypowiadanych
towarzyszyła ciągłość gestów i że to był organiczny proces trwale
związany z warstwą słowną. Dopiero obie razem wyrażały pełną treść.
Być może ta tajemnica będzie nierozszyfrowana tak długo, jak długo
będziemy żyli w przekonaniu, że słowo może istnieć w dramacie antycznym
jako warstwa samoistna. Uważam, że dopiero wtedy, gdy słowo jest
organicznie związane z przekazem gestu, tonu, muzyki - w pełni jawi
swoją treść. Myślę, że nadchodzi czas, by słowu dramatu klasycznego
został przywrócony cały jego organiczny kształt, łącznie z warstwą
brzmieniową, muzyczną i gestem. Jak głosi legenda, w czasie jednego
z agonów, wyszedł na scenę nagi Sofokles i sam odtańczył jedną z
partii w swojej sztuce, ponieważ był niezadowolony z interpretacji
aktora.
Czy pana byłoby stać na taki gest?
Myślę, że nasze szaleństwo prowadzi dokładnie w tę stronę.
Rozmawiał Janusz R. Kowalczyk
Wywiad nieautoryzowany
|