Kuszenie Gardzienic

Ireneusz Guszpit 2008-03-06,

Przez dwa tygodnie gościły we Wrocławiu legendarne Gardzienice. Jest szansa, aby Wrocław na stałe został zimową siedzibą teatru.
Porzucanie na czas zimy stałej siedziby teatru i surowych warunków egzystencji w podlubelskiej wiosce wynika z nowej strategii twórcy Gardzienic Włodzimierza Staniewskiego. W lutym 2007 r., w trzydziestym roku istnienia teatru, ogłosił potrzebę szeroko zakrojonej prezentacji prac grupy w przestrzeni miejskiej.

Gardzienice wrocławskie czy warszawskie?

Pobyt Gardzienic we Wrocławiu trwał niespełna dwa tygodnie, od 20 lutego do 2 marca. W styczniu zespół gościł w Warszawie.

Prezentacji prac, pokazom artystycznym i dydaktycznym w stolicy towarzyszyła międzynarodowa sesja naukowa zorganizowana przez Szkołę Wyższą Psychologii Społecznej. Jej władze podjęły nawet zobowiązanie zaadaptowania dla potrzeb teatru jednej z należących do uczelni hal poprzemysłowych. Po ukończeniu prac placówki: akademicka i artystyczna "w jednym stać będą domu", zadeklarowano.

Wrocławscy decydenci z podobną ofertą nie wystąpili, a mimo to program Gardzienic we Wrocławiu zdecydowanie przewyższał bogactwem i różnorodnością to, co pokazano w stolicy. Całość przedsięwzięcia Staniewski nazwał Latającą Akademią Praktyk Teatralnych. Można w tym widzieć wyłącznie zapowiedź prezentacji dokonań działającej przy teatrze swoistej szkoły umiejętności scenicznych, ale także odwołanie do tego, co od trzydziestu lat wyznacza rytm życia grupy. A jest to przede wszystkim: mądrość, nauka tolerancji dla obcego, praktykowanie teatralnej ekologii (oikos znaczy tyle co dom, środowisko) oraz szczególny etos pracy.

Antygrotowski

Włodzimierz Staniewski wielokrotnie dawał publicznie wyraz swym uczuciom do Wrocławia. Teatralni kronikarze wiedzą, że w latach 70. był jedną z głównych postaci towarzyszących parateatralnym poszukiwaniom Jerzego Grotowskiego. Wiedzą także, że po radykalnym rozstaniu nigdy nie komentował powodów swego odejścia, Grotowski też tego nie czynił. Opinia, że Gardzienice zawdzięczają swoje powstanie właśnie twórcy Teatru Laboratorium, choć pojawia się często, nie jest jednak moim zdaniem prawdziwa. A gdyby nawet była, to przede wszystkim dzięki doświadczeniu negatywnemu. Praca z Grotowskim uświadomiła bowiem Staniewskiemu, jakiego teatru nie chce i nie powinien robić. Jestem pewien, że najważniejszym autorytetem intelektualnym był dla niego w owym czasie prof. Czesław Hernas, dyrektor wrocławskiej polonistyki i promotor jego pracy magisterskiej, wybitny znawca folkloru, literatury i kultury baroku, przyjaciel Grotowskiego, człowiek wielkiej otwartości i mądrej życzliwości wobec wszelkiego rodzaju fantastów i nieprzytomnych studenckich ideowców. Byłem studentem profesora i wielokrotnie widziałem Staniewskiego w jego gabinecie. Profesor także opowiadał o "drogim panie Włodzimierzu" i jego fantazjach o teatrze, który hen, na polskich rubieżach odsłaniać będzie relikty kultury tradycyjnej...

W Polskim i Sali Gotyckiej

Publiczność wrocławską zapraszano do dwóch miejsc: na scenę Teatru Polskiego i do Sali Gotyckiej w kompleksie klasztornym przy Purkyniego. W Polskim pokazywano ostatnie premiery: "Ifigenię w Aulidzie" i "Elektrę", spektakle oparte na tragediach Eurypidesa; Sala Gotycka gościła Zgromadzenia, przedstawienia przygotowane przez studentów Akademii Praktyk Teatralnych, koncerty, homilie teatralne, warsztaty artystyczne, pokazy filmów z gardzienickiego archiwum, występy cyrkowo-kabaretowe i spektakle ogniowe (te oczywiście na zewnątrz) oraz wystawy fotograficzne. Te dwa miejsca niejako określały również sposoby uczestniczenia w gardzienickich, na poły guślarskich, "odczynianiach". W teatrze patrzono i słuchano, a niektórzy mieli nawet za złe brak numeracji i niewyodrębnienie miejsc dla VIP-ów; w surowej sali poklasztornej iskrzyło współdziałaniem, pulsowało i wibrowało szczególną energią Zgromadzeń, które - w pierwszych latach wypraw "po nowe, naturalne środowisko teatru" - Staniewski nazywał prototeatrem. I tak jak wówczas, tak i teraz lider Gardzienic był czujnym i uważnym, zdecydowanym i serdecznym, wyznaczającym tempo i rytm Zgromadzicielem, swoistym prawodawcą powoływanego poprzez działania świata. Współczesne słowo "reżyser" w niewielkim tylko stopniu charakteryzuje osobę posiadającą owe umiejętności.

Teatralna retorta

Na widowni tłumy przeważnie młodych osób, gdzieniegdzie tylko siwiejące czupryny. Przed nimi gardzienicki zespół, dzisiaj już w większości składający się z absolwentów Akademii Praktyk Teatralnych. Starszyzny niewiele: Joanna Holcgreber, Mariusz Gołaj, Marcin Mrowca. Ale ci rutyniarze nie mają w sobie odrobiny stetryczenia i nie odcinają kuponów od osiągniętych sukcesów. Są ich tak samo głodni, jak niegdyś. A w młodych nie widać pustoty i upojenia płynącymi zewsząd komplementami. Rygory wiejskiego bytowania oraz radykalizm realizowanego w Akademii programu dydaktycznego skutecznie eliminują z grupy blichtr, fałsz i błazenadę.

Warsztaty studenckie prowadzone były w Gardzienicach prawie od początku istnienia grupy. Formę instytucjonalną przybrały w roku 1997. Pośród ich celów dydaktycznych pomysłodawca Akademii zapisał:

" - uczenie sposobów teatralnego wykorzystania elementów kultury tradycyjnej, - uświadomienie twórcom i odbiorcom bogactwa i siły inspiracyjnej różnych form teatralnych, zarówno tych wywodzących się z teatru repertuarowego czy teatru poszukującego, jak też obrzędowych form ludowych, - kultywowanie i restaurowanie archaiczności, bo w niej zawarte jest wspólne, uniwersalne dziedzictwo człowieka: w myśli, w duchu, w materii. Nie da się tworzyć nowoczesności bez związku z dziedzictwem. Geny kultury, w tym też teatru, istnieją tak, jak geny biologiczne,

- przerzucanie mostów między kulturą niską i kulturą wysoką, ponieważ z takiego aliansu powstało to, co w kulturze najcenniejsze. Dla takiej alchemii teatr jest najlepszą retortą".

Świat utrwalony na wazie

Oglądane we Wrocławiu przedstawienia Akademii pozwalały zobaczyć, że niegdysiejsze deklaracje nie były wyłącznie retoryką, ale nadal są żywą pedagogiczną praktyką. Oparta na motywach "Ifigenii w Aulidzie" "Ifigenia cygańska" w dowcipny, heroikomiczno-ironiczny sposób łączy żywioł muzyki cygańskiej z elementami antycznej sztuki gestu, umowność współczesnego teatralnego znaku z cytatami zachowań właściwych społeczeństwom tradycyjnym, grekę z językiem romskim, polskim i hiszpańskim, elementy akrobacji z gestem naturalistycznym, a ten z kolei z brechtowskim efektem obcości. Aktorzy żonglują tradycjami, estetykami, symbolami przejętymi z rozmaicie kształtowanych systemów wartości, wątkami muzycznymi, elementami stroju i rekwizytem. A wszystko odbywa się w niebywałym tempie, iskrzy humorem, uwodzi lekkością wykonywanych ewolucji i zadań, kontentuje poziomem inteligencji, technicznej i psychicznej samokontroli oraz osobistego zaangażowania.

Podobne odczucia towarzyszyły widzom oglądającym "Wazę Francois", spektakl inspirowany pochodzącym z 560 r. p.n.e. arcydziełem ceramiki ateńskiej, uznawanym za swoistą biblię antycznej mitologii. Pracujący pod kierunkiem Joanny Holcgreber i Mariusza Gołaja aktorzy ruchem i śpiewem ożywili utrwalony na wazie świat. Zastygły gest, poza ciała, grymas twarzy, dynamika napiętych mięśni, kierunek spojrzenia - to wszystko znalazło swą kontynuację w działaniu scenicznym, rygorem precyzji nie ustępując pierwowzorowi.

Potrzeba Gardzienic

Zapowiadane w programie homilie teatralne, czyli swobodne refleksje na zadany przez Staniewskiego temat: "Czy teatr może zmieniać świat", wygłosili Andrzej Stasiuk - z ustawionej na scenie ambony, oraz Andrzej Seweryn - z ekranu. Stasiuk żartobliwie zaproponował liderowi Gardzienic wystawienie tragedii o Elektrze i Ifigenii rodem z popegeerowskiej wsi, zwracał uwagę na niezbędne w pracy teatralnej penetrowanie otaczającej rzeczywistości i odnajdowanie w niej wartości uniwersalnych. Seweryn kładł nacisk na konieczność dążenia aktora do zmiany siebie poprzez doskonalenie warsztatu, poszerzanie środków artystycznego wyrazu oraz obowiązek głoszenia przez teatr prawdy i piękna.

Widać było, że Wrocław potrzebuje Gardzienic. Potrzebuje ich energii, mądrej pedagogiki i radosnej woli zmieniania świata, zastępowania ponurego dyletantyzmu i prowincjonalnej, teatralnej pseudonowości odpowiedzialnym programem artystycznym i społecznym. Widać to było w obecności na spektaklach rozradowanych widzów i słychać w ich rozmowach po zakończeniu. Gardzienice uświadamiają, że z coraz śmielej pełzającą bylejakością można wygrać tylko wtedy, kiedy potrzebie działania towarzyszy potrzeba zdobywania umiejętności. Bowiem - nie tylko w teatrze - nie wystarczy być, aby być. Trzeba jeszcze umieć. Zaś aby umieć, trzeba mieć Gardzienice. Jeżeli nawet za rok, czyli zimą 2009 r., to nie na chwilę, tylko na dłuższą chwilę, a najlepiej prawie na stałe.

Zanim Gardzienice zaczną zmieniać świat, być może zmienią Wrocław.

Ośrodek Praktyk Teatralnych "Gardzienice", jedna z najbardziej znanych grup teatru eksperymentalnego na świecie, został założony w 1977 r. przez Włodzimierza Staniewskiego. Siedzibę ma w XVIII-wiecznym dworku w podlubelskiej wsi Gardzienice. W 1997 r. powstała tam także Akademia Praktyk Teatralnych. Inspiracją dla spektakli Gardzienic, łączących taniec, śpiew i muzykę, jest kultura ludowa Europy, przede wszystkim kultura starożytnej Grecji, jako jej źródło. Teatr zrealizował dotąd siedem przedstawień: "Spektakl wieczorny", "Gusła", "Żywot protopopa Awwakuma", "Carmina Burana", "Metamorfozy", "Elektra", "Ifigenia w Aulidzie", z którymi objechał praktycznie cały świat. Gardzienice odbyły także wyprawy warsztatowe do Brazylii, Meksyku, Australii i Tasmanii, Japonii, Korei Południowej, USA i Kanady.

Dr Ireneusz Guszpit jest teatrologiem, pracownikiem Instytutu Filologii Polskiej UWr. oraz Wydziału Aktorskiego PWST w Krakowie (wydział we Wrocławiu), autorem m.in. książki "Sceny z mojego teatru", poświęconej w części Gardzienicom