tru muzycznego niż ten, do którego przywykła nowojorska widownia, niemniej jednak widzowie "Ifigenii" dowiedli swej wrażliwości na charakterystyczne cechy sztuki Gardzienic - całkowite scalenie muzyki i ruchu połączone z eksplorowaniem starożytnych źródeł teatru.
Począwszy od pierwszego spektaklu z 1977 roku, Gardzienice rozwinęły charakterystyczny gatunek przedstawienia, który wykorzystuje ruch, grę aktorską i przede wszystkim muzykę. Gatunek ten oddalił się od tego, co w początkach zespołu nazywano "etnooratorium" opartym na materiałach ludowych zebranych podczas wypraw do samotnych wiosek, jednak w "Ifigenii" nadal można doszukać się pewnych śladów ludowych korzeni zespołu. Na przykład w początkowych scenach Agamemnon (grany przez Gołaja) współdziała z błazeńskim sługą granym przez Justynę Jary; bohater Jary jest łudząco podobny do obłąkanej chłopki, która pojawiła się w "Gusłach" we wczesnych latach osiemdziesiątych. Przypomina też bardziej błazna z komedii deWarte niż postać z tragedii greckiej i sceny z jego udziałem ukazują Agamemnona raczej jako utyskującego pater familias niż tragiczną postać, którą staje się później. Arystotelesowi z pewnością nie
podobałoby się takie oscylowanie pomiędzy komedią a tragedią, jednak jest ono wierne duchem samemu Eurypidesowi, który byl o wiele bardziej skłonny do mieszania gatunków niż ulubieniec Arystotelesa, Sofokles. A mieszanie gatunków, razem z rubasznym humorem, jest charakterystyczną techniką Gardzienic od czasów ich pierwszych spektakli, inspirowanych koncepcją Michaiła Bachtina.
"Ifigenia" jestczęściąbieżącego projektu badań nad początkami tragedii greckiej. Prowadzą one do tworzenia spektakli nie w sposób historycznie ścisły (na przykład nie ma tu masek), ale będący żywym wcieleniem tego, co zespół odczuwa jako ducha starożytnego teatru greckiego. W spektaklu tym Staniewski kładzie nacisk na chór, a scena wygłaszania ody, podczas której członkowie chóru rytmicznie uderzają w trzymane między nogami bębny, należy do kluczowych i najbardziej przykuwa uwagę. Chór reprezentuje czasem wrogą siłę, która zmusza Agamemnona do złożenia w ofierze własnej córki. Z drugiej strony, po śmierci Ifigenii, poruszająco opłakuje jej odejście w przedostniej scenie spektaklu: ledwie widoczne, półnagie ciała członków chóru falują ekstatycznie w ciemności, przypominając ożywione figury akolitów z greckiego fryzu.
Wiele jest takich niezwykłych momentów w spektaklu. Na przykład po raz pierwszy spostrzegamy Ifigenię, graną przez Karolinę Cichą, gdy wjeżdża zwinięta w pozycji na wpół embrionalnej na wózku inwalidzkim. Wygląda na słabą, jak gdyby ledwie zdolną do tego, by wstać. Ożywa jednak, gdy spotyka swego niby-narzeczonego Achillesa (granego przez Cha-rliego Cattralla) i gdy tańczą zalotną scenę miłosną. Kiedy Klitajmestra (Joanna Holcgreber) uświadamia sobie, że jej dziecko ma zostać złożone w ofierze, wygłasza żarliwy monolog (częściowo w starożytnej grece), który kończy rozdzierającym krzykiem: "I nikt się temu nie sprzeciwia?". Samą ofiarę przedstawiono poprzez postać Agamemnona ostrzącego nóż oraz poprzez czerwony szalik, który w tym samym momencie owija szyję jego córki. Akcja spektaklu, wiedziona muzykąKoniecz-nego, biegnie od jednego tak frapującego momentu do drugiego.
Chociaż spektakl Gardzienic zasadniczo podobał się nowojorskim krytykom, wielu z nich narzekało na zbyt szybkie tempo, w jakim aktorzy wygłaszali swoje dialogi, zwłaszcza że w pierwszych przestawieniach, które widzieli, zabrakło tłumaczenia. Sądzili być może, że widzowie nie zaznajomieni z historią Ifigenii mogli się zagubić w mieszaninie polszczyzny, angielszczyzny i greki. W moim przekonaniu ten rodzaj krytyki jest skutkiem czegoś, co można by nazwać amerykańskim kompleksem: zwykliśmy uważać naszych amerykańskich rodaków (czasami nie bez podstawy) za większych ignorantów od nas samych. Poważniejszą wadą był fakt, że niektóre angielskie dialogi z tych początkowych przedstawień pełne były anachronizmów. Zły, bo nazbyt współczesny, przekład wytrącał widzów z atmosfery misterium i rytuału, którą spektakl wytwarzał. Jednak w późniejszych przedstawieniach Staniewski usunął większość anachronizmów i dodał napisy z tłumaczeniem polskich dialogów.
Mnie dużo bardziej przeszkadzało użycie w spektaklu mikrofonów. Staniewski prawdopodobnie sądził, że będą one niezbędne, by aktorzy byli słyszalni na tle muzyki, jednak, jak na ironię, zniekształciły one dźwięk i sprawiły, że i angielski, i polski stały się mniej zrozumiałe. A ponieważ mikrofony były widoczne, również funkcjonowały jako anachronizmy przypominające nam, że nie jesteśmy świadkami jakiegoś pierwotnego obrządku religijnego, ale widzami zwykłego widowiska. Jedną z wyjątkowych cech gardzienic-kich spektakli, które oglądałam w latach osiemdziesiątych i na początku lat dziewięćdziesiątych, była zdolność tworzenia własnych radosnych miniświatów z prostego tworzywa; Staniewski nazwał
to "nowym środowiskiem naturalnym teatru". Chociaż przeważnie odbierałam muzykę Koniecznego jedynie jako dodatek do atmosfery świętości, którą spektakl wytworzył, z pewnością musiał istnieć sposób, by wykorzystać ją, zachowując "naturalne środowisko", z którego Gardzienice słusznie słyną.
Mimo wszystko, spektakl dał nowojorskiej widowni szansę zobaczenia całościowego dzieła, z którym tak rzadko można się zetknąć w naszym teatrze. Gardzienice pracują nad spektaklami przez lata, a nie przez sześć tygodni, jak to zwykle ma miejsce w przypadku przedstawień amerykańskich. Mimo że przed oficjalną premierą w teatrze La MaMa spektakl wystawiany był przez kilka miesięcy w wersji warsztatowej, rozwijał się nadal przez te trzy tygodnie, kiedy wystawiano go w Nowym Jorku. "Ifigenia" podejmuje tematy, które w tej chwili są w Ameryce bardzo aktualne: wojny, samopoświęcenia i woli społecznej. Jednocześnie wirtuozowski spektakl Staniewskiego pokazuje, jak niewiele zmienili się ludzie przez ostatnie dwa i pół tysiąca lat, które upłynęły od śmierci Eurypidesa.
tłum. Anna Szymonik
***
Kathleen M. Cioffi - teatrolog, profesor Princeton University, autorka książki "Alternative Theatre in Po-land 1954-1989", współtwórczyni założonego w Gdańsku anglojęzycznego Maybe Theatre.>
"Oda do mikrofonu"
Kathleen M. Cioffi
Teatr nr2/02.2008
05-03-2008