|
|
"Plus
Minus"
31.08.2002
Sceniczne
medytacje i dionizyjskie upojenie.
O METAMORFOZACH GARDZIENIC
Na
salę wpada gromada wieśniaków. Są jak z Breughla. Karykaturalni,
brutalni, rozjazgotani. Jednak za moment przeistoczą się w grecki
chór przyodziany w chlamidy.
Dwóch mężczyzn z dwóch przeciwległych stron sali zdąża ku sobie,
aby rozpocząć dialog. To Sokrates i Fajdros z "Fajdrosa"
Platona. Sczepiają się w fundamentalnej dyskusji o miłości, sczepiają
fizycznie na postumencie doryckiej kolumny, ich kończyny mieszają
się jak argumenty o miłości idealnej i zmysłowej, tak, że gromada
musi ich rozczepiać, gromada-chór, który zaczyna śpiewać.
Intelekt
i ekstaza
Jesteśmy
w drewnianej sali na kilkadziesiąt osób, w Ośrodku Praktyk Teatralnych
Gardzienice. Oglądamy "Metamorfozy", a ściślej "Esej
teatralny "Metamorfozy" według Apulejusza". Tytuł
nie myli. Można potraktować ten spektakl jako esej na temat miłości,
fundamentalnego zagadnienia nie tylko zachodniej kultury. Ale: "Zachód
to przede wszystkim pewna koncepcja miłości", jak pisał szwajcarski
filozof kultury Denis de Rougemont.
"Miłość co słońce porusza i gwiazdy" - jak ujmuje to w
finale "Boskiej komedii" Dante. Nie tylko w chrześcijańskiej
tradycji była ona boską jakością, która pozwalała światu trwać i
rozwijać się. Taki elementarny sens miłości wyłania się z nauki
Platona. Zresztą autor "Uczty" był w tym dziedzicem greckiej
tradycji, a więc mitologii, zgodnie z którą Eros wyłonił się z chaosu
wraz z pierwszymi bytami: Gają (ziemią) i Tartarem, jak sformułował
to Hezjod w "Teogonii" na przełomie VIII i VII wieku przed
Chrystusem za dużo starszymi, tradycyjnymi wierzeniami Greków. To
w tym duchu, jako siłę sprawczą świata, przedstawia go filozof i
poeta grecki z V wieku przed Chrystusem, Empedokles.
Ale ta mistyczna miłość, która już od św. Pawła, stała się fundamentem
chrześcijaństwa, miała swój ciemny rewers, towarzyszący jej jako
niszcząca namiętność, zmysłowy popęd, który przełamywał wszystkie
bariery i zagrażał ładowi kultury. Taka miłość była elementarnym
żywiołem, który społeczeństwo ciągle usiłowało ująć w karby. To
do niego odwoływał się Fryderyk Nietzsche, w imię dionizyjskiej
ekstazy odrzucając apolliński ład. Taką erotyczną mistyką destrukcji
egzaltował się Georges Bataille. To ujęcie odzywa się w psychoanalizie,
zgodnie z której pierwszą wykładnią kultura powstaje jako sublimacja
zwierzęcego i nieznającego hamulców popędu.
I "Metamorfozy" Gardzienic są teatralnym traktatem o nieuniknionym
rozpięciu miłości między tymi dwoma biegunami, o skazaniu człowieka
na istnienie w sprzeczności.
Jednak ten esej jest przede wszystkim teatrem, ekstatycznym przedstawieniem,
które dla widza kończy się zdecydowanie zbyt wcześnie. Twórca teatru
Gardzienice i jego przedstawień, Włodzimierz Staniewski, mówi, że
słowo w "Metamorfozach" nie ma znaczenia. I jest to tylko
połowicznie żart. Słowo oczywiście pokazuje, prowadzi, objaśnia.
Ale w "Metamorfozach" znajduje ono ekwiwalent, którym
są sytuacje sceniczne i żywe obrazy, gra aktorów, taniec, śpiew,
muzyka. To, że nawet nie rozumiejąc słów zrozumieć można sens spektaklu,
dowodzą reakcję cudzoziemców, którzy nie znając polskiego, są w
stanie pojąć przedstawienie i zachwycić się nim.
Powrót
do źródeł
Grecy znali dwa rodzaje sztuki: ekspresyjną i konstrukcyjną. Ta
pierwsza to źródło teatru, chorea, połączenie tańca, muzyki i poezji,
a więc śpiewu, które nie występowały jeszcze osobno. Sztuka ta wpisana
była w kult religijny i miała również magiczny charakter. Z czasem
sztuki zaczęły się rozchodzić. Zaczęły również tracić swój sakralny
charakter. Wprawdzie jeszcze greckie tragedie mocno zanurzone były
w wymiarze świętym, ale też coraz wyraźniej zastępowało ich zeświecczenie.
Eurypides dużo bardziej pochyla się nad ludzką psychologią kosztem
mitycznej perspektywy niż jego poprzednicy, zwłaszcza Ajschylos.
Jest to zresztą jedna z przyczyn krytyki, jakiej nie szczędzą autorowi
"Medei" bardziej konserwatywnie nastawieni widzowie, np.
komediopisarz Arystofanes.
W XIX wieku teatr zmieszczaniał ze szczętem. Było to jedną z przyczyn
prób jego odnowy z początkiem XX wieku. Kolejna fala buntu przeciw
konwencji mieszczańskiego teatru wezbrała w latach sześćdziesiątych,
czasie kontestacji i rewolucyjnych mitów. Istotnym elementem kulturowej
rewolucji tamtego czasu był "teatr otwarty". W Polsce
od końca lat pięćdziesiątych działał jeden z klasyków tego ruchu,
do którego pielgrzymowali nieomal wszyscy jego czołowi przedstawiciele,
Jerzy Grotowski. Działo się to pomimo faktu, że jego teatralne koncepcje
odbiegały radykalnie od dominującego wówczas "teatru zaangażowanego".
Grotowski przywrócić chciał teatrowi jego zapomniany już sakralny
wymiar. Uznawał wręcz, że teatr stać się może elementem odrodzenia
duchowości w wyjałowionym świecie współczesnym. Powracał do koncepcji
teatru-misterium, w którym aktor byłby "ofiarą". Jego
prace doprowadziły go wreszcie (w połowie lat siedemdziesiątych)
do odejścia od najbardziej tradycyjnej dystynkcji teatru, a więc
podziału na widzów i aktorów. On i jego zespół zaczęli organizować
wielodniowe przedsięwzięcia, w których uczestnikami byli wszyscy
obecni.
Staniewski pracował w ekipie Grotowskiego w latach siedemdziesiątych.
Potem zdecydował się odejść i stworzyć własny teatr. Jego wyjazd
na wschodnie kresy Polski był pielgrzymką w poszukiwaniu jeszcze
żywej kultury ludowej, a więc takiej, która organizuje życie zbiorowości.
To z pracy w tym otoczeniu rodziły się rozmaite przedsięwzięcia
Gardzienic: "wyprawy", "zgromadzenia", "treningi
i warsztaty", a także spektakle. "Metamorfozy" są
ostatnim z nich i najbardziej jednoznacznie powracają do świętego
czasu teatru, do chorei, w której taniec, muzyka i poezja stanowią
jedno.
Żywioł muzyki
Staniewski
twierdzi, że w "Metamorfozach" najważniejszy jest "gest
muzyczny" jak trawestuje brechtowski termin "gest sceniczny".
Muzyka jak u swoich pierwocin, a więc również w chorei jest głównie
wokalna. To pieczołowite rekonstrukcje starożytnych utworów, od
V wieku przed Chrystusem do chrześcijańskich hymnów. Wśród specjalistów
trwa oczywiście dyskusja, na ile rekonstrukcje te są dokładne i
udane. Częstokroć całość utworów trzeba było odbudowywać z zachowanych
fragmentów i jest oczywiste, że nigdy nie dowiemy się, na ile rekonstrukcje
te są bliskie oryginałowi. A jednak z pewnością można powiedzieć,
że są one udane i tworzą sugestywną całość. Są udane, gdyż stanowią
świetną muzykę i współtworzą dramatyzm spektaklu. Tworzą stałe napięcie
między wzniosłością chrześcijańskich hymnów a dionizyjskim, orgiastycznym
opętaniem, co więcej, dają poznać, jak niespodziewanie blisko siebie
odnajdujemy te skrajności i jak mogą one przechodzić jedne w drugie.
Muzyka jest udana również dlatego, że odpowiada naszemu wyobrażeniu
o niej, jakie czerpiemy ze świadectw tych, którzy ją słyszeli.
A muzyka nigdy nie była błahą sprawą. "Nigdy nie zmienia się
styl w muzyce bez przewrotu w zasadniczych prawach politycznych"
- pisał Platon. Jednocześnie muzyka dla Greków była sprawą dwuznaczną.
Istniała cała tradycja muzyki "trackiej", barbarzyńskiej
uwalniającej w człowieku dzikość i pierwotną nieznającą granic,
destrukcyjną zmysłowość. To był rytm, który wprawiał w szał kobiety
oddające się kultom dionizyjskim - menady. To one rozszarpały Orfeusza,
który uosabiał inną muzykę, harmonię świata.
W tym sensie muzyka jest bohaterem "Metamorfoz". I kiedy
wszyscy aktorzy śpiewają ostatni hymn do Dionizosa, wzniosłość staje
się opętaniem, które znowu powraca do wzniosłości.
W
oślej skórze
"Metamorfozy,
czyli złoty osioł" Apulejusza z Madaury to rzymska powieść
z połowy II wieku, która tylko w pewnym stopniu posłużyła za kanwę
spektaklowi Gardzienic. Jest to opowieść o Lucjuszu, naiwnym młodzieńcu,
który, chcąc przyjąć na krótko postać sowy, przez pomyłkę przeistacza
się w osła i nie mogąc wrócić do postaci ludzkiej przeżywa wiele
groteskowo koszmarnych przygód.
Być może elementem, który zadecydował o posłużeniu się tym tekstem
przez Gardzienice jest sama sytuacja bohatera, człowieka dźwigającego
na sobie brzemię zwierzęcości, jednocześnie fascynującego nią zwłaszcza
w sferze seksu. Postać ta (w wykonaniu Tomasza Rodowicza, jednego
z dwóch głównych aktorów Gardzienic zaangażowanego w działalność
teatru od samego początku, drugi, Mariusz Gołaj jest jego protagonistą)
jest jednocześnie ofiarą, wyrzutkiem i obiektem okrucieństwa zbiorowości.
Ten status Lucjusza powoduje, że jest on w stanie dostrzec to, co
nieuchwytne dla pełnoprawnych członków wspólnoty przypisanych do
niej i swoich ról.
W główny tok akcji "Złotego osła" wplecione są liczne
niezwiązane z nią opowieści, najdłuższa i umieszczona centralnie
opowiada o trudnej miłości Amora i Psyche (po grecku dusza). Wielokrotnie
opowieść ta analizowana była jako jedna z fundamentalnych alegorii
w kulturze Zachodu. W takim ujęciu jest to opowieść o sublimacji
zmysłowej namiętności uwznioślającej się w duchowe doznanie.
Staniewski czyta tę tradycję przez Nietzschego, choć tam, gdzie
dla autora "Antychrześcijanina" były odpowiedzi, dla niego
pojawiają się pytania. Człowiek nie potrafi uwolnić się od swojej
zwierzęcości i to z jej przezwyciężania, z jej sublimacji rodzi
się mistyczna wzniosłość stale zagrożona zwierzęcą degradacją. Być
może w najbardziej uderzający sposób ten status ujawnia się w scenie
na granicy bluźnierstwa. Aktor (Gołaj) cierpi na słupie, który staje
się jego krzyżem. Wpada w orgiastyczny trans i przeistacza krzyż
w makietę ogromnego fallusa. Z tym, że w przeciwieństwie do natrętnie
stosowanych dzisiaj, gesty te nie mają nic wspólnego z tanią prowokacją,
a stają się dramatycznym wyrazem rozdarcia człowieka.
Słowiański
antyk
Napięcie
i wieloznaczność ujawnia się w każdym scenicznym obrazie, który
jest równocześnie choreograficznym układem, ale także w każdej postaci,
w grze każdego aktora. Ta polifoniczność przenika całe "Metamorfozy"
i nadaje tytułowi dodatkowe znaczenie. Albowiem przedstawienie to
jest opowieścią o przemianach: ludzi, ich namiętności, a także form
zbiorowego istnienia. Wielogłosowość, napięcie, konflikt przenika
każdy element stwarzanego świata, kosmosu ludzkiego, który jest
równocześnie wiejską społecznością: gwałtowną, rubaszną i zmysłową
oraz grupą antycznych Greków odprawiających apollińskie misterium.
Dość prędko jednak okazuje się, jak łatwo Apollo przeistoczyć się
może w Dionizosa.
To napięcie opisać można jeszcze w jednej opozycji: kapłana i błazna;
wzniosłości obrzędu i karnawałowego, obrazoburczego humoru. Ten
humor, tak właściwy żywej, ludowej kulturze paradoksalnie współistnieć
musi z autentyczną wzniosłością. Stanowi drugi biegun wobec kultury
wysokiej. W "Metamorfozach" wzniosłość misterium ciągle
próbowana jest karnawałową groteską, przeistacza się w nią, aby
znowu powrócić do powagi.
Staniewski na kresach szukał żywej kultury, a więc autentycznego
rytuału, nieodczarowanego świata. W "Metamorfozach", okazuje
się, że chorea, teatr, który jest żywym misterium, ma ponadkulturowy
wymiar. W efekcie Gardzienicom udaje się to, co usiłował osiągnąć
Wyspiański, łącząc polską tradycję z antykiem.
W
teatralnym zakonie
Rozpad
chorei na poszczególne gatunki sztuki, odczarowanie teatru, zagubienie
sakralnego pierwiastka - wszystkie te zjawiska wpisywały się w ewolucję
cywilizacji zachodniej. Można afirmować kierunek jej rozwoju, dostrzegając
równocześnie jego koszty, to, co tracimy wraz z wszystkimi pozytywnymi
konsekwencjami postępu. Można odczuwać, jak jałowieje nasze życie.
Być może sztuka jest jedną z tych rzadkich aktywności, które pozwalają
zbliżyć się do zapomnianych już dziś wymiarów ludzkiego istnienia
Staniewski i członkowie jego teatru dokonali wyboru pod prąd głównego
kierunku naszej cywilizacji. Przybyli do Gardzienic nie tylko w
poszukiwaniu oaz ginącej kultury ludowej. Osiedlili się tu, aby
stworzyć otoczenie, w którym wszystko jest dziełem ich rąk i gdzie
nie ma miejsca na specjalizację. Odbudowali posiadłość Czarnieckich
i stworzyli z niej swój dom. Stali się jego prawdziwymi gospodarzami.
Dlatego wstępem do spektaklu jest picie przygotowanej przez nich
herbaty. Gospodarze rozsadzają widzów, których zaprosili do siebie,
a po spektaklu jedzą z nimi pierogi.
Gospodarze to aktorzy, którzy są również muzykami, śpiewakami i
tancerzami. I we wszystkich tych dziedzinach, a raczej w aktorstwie,
które jest ich sumą, osiągają doskonałość.
W ciągu 25 lat stworzyli tylko 5 przedstawień, nad każdym pracując
katorżniczo w dążeniu do perfekcji. W świecie teatru znani są i
otoczeni wielką estymą, która ściąga do nich adeptów ze świata.
Jest to jednak elitarna sława, radykalnie odmienna od sławy medialnych
gwiazd. Rozgłos Gardzienic w dużej mierze tworzy "Konfrontacje",
coraz bardziej znany na świecie festiwal teatralny, który od sześciu
lat co październik odbywa się w Lublinie.
Zespół Gardzienic pracuje w zakonnej dyscyplinie. Ujawnia to również
w świadomym usytuowaniu się na marginesie współczesnej cywilizacji,
odrzuceniu jej pokus, a więc atrakcji i ułatwień. Ten wybór to również
jedna z odpowiedzi na pytania "Metamorfoz".
Bronisław
Wildstein,
|