29.11.2002

Włodzimierz Staniewski mierzy się
z Eurypidesem. Potęga gestu


Przy okazji niedawnych uroczystych obchodów jubileuszu 25-lecia, zespół Ośrodka Praktyk Teatralnych Gardzienice przedstawił swoją najnowszą pracę - "Sceny z Elektry" według Eurypidesa w reżyserii Włodzimierza Staniewskiego. Można by rzec, że chwalebnie wpisał się nim w atmosferę święta. Jestem pod wrażeniem, chylę czoło.
Po doświadczeniach z muzyką, zrekonstruowaną z zachowanych na papirusach i kamieniach fragmentów, które zaowocowały przedstawieniem "Metamorfozy" wg Apulejusza, jest to kolejny krok naprzód w praktyce gardzienickich badań nad praźródłami teatru. Szósta pozycja w dorobku zespołu jest z wielu względów nietypowa. Inscenizator po raz pierwszy (poza fragmentami "Dziadów" Mickiewicza w "Gusłach") użył stricte dramatycznego tekstu, którego dość wiernie się trzyma. Łącznie z didaskaliami, a nawet przypisami tłumacza, których część umieszcza w dialogach chóru.
Mitowi o Elektrze, wykorzystującej powracającego z wygnania brata Orestesa, by wraz z nim dokonać zemsty na matce-mężobójczyni, która zdradliwie zgładziła ich ojca, króla Agamemnona, Eurypides nadał osobisty, gorący ton. Przede wszystkim jednak stworzył jedną z najwspanialszych kobiecych postaci, osobowość o niezwykłym emocjonalnym rozpięciu uczuć - od miłości do nienawiści, od pragnienia zemsty do goryczy wyrzutów sumienia. Dojrzałą kobietę, wyrokiem losu, a właściwie kaprysem bogów, skazaną na tłumienie popędów namiętności.
Zespół Gardzienic przyzwyczaił nas już do perfekcji. Każdy ich spektakl z osobna jest rodzajem transu wykonawców, który z wolna i niepostrzeżenie zacznie udzielać się widzom, by ich ostatecznie porwać, osaczyć, omamić. Obezwładnić dynamiką, przejmującą ekspresją, ekstatyczną muzyką, śpiewem i tańcem.
Siłę emocji zawartych w słowach "Elektry" inscenizator wzmocnił wyrazistym gestem, zaczerpniętym z wizerunków postaci na greckich wazach. Aktorski alfabet gestów liczy 160 pozycji, a ich zbiorowe wykonanie stwarza niepowtarzalną choreografię. Obok wspaniale zagranych ról przez grono współpracowników Staniewskiego: Mariusza Gołaja, Elżbiety Rojek, Joanny Holcgreber, Marcina Mrowcy, Anny-Heleny McLean, Grzegorza Podbiegłowskiego i Anny Dąbrowskiej dzielnie sobie radzi grono studentów III kursu Akademii Praktyk Teatralnych. Napływ "świeżej krwi" do zespołu Gardzienic przydaje skrzydeł ich kolejnym widowiskom.
W tym najnowszym są sceny prawdziwie wstrząsające, zaskakujące zarówno formą, jak i siłą scenicznego wyrazu. Do nich przede wszystkim zaliczyłbym zniewalające wykonanie roli Elektry przez Annę-Helenę McLean, aktorkę anglojęzyczną, choć w kilku kwestiach radzącą sobie i w naszej mowie. Jej porywająca interpretacja sekwencji lamentu i triumfu sprawia, że coraz rzadziej przywoływane greckie słowo katharsis przestaje być dla widza pojęciem abstrakcyjnym.
"Sceny z Elektry" to, jak twierdzi Staniewski, praca w toku (work in progress), co sprawia, że widzowi należy się ostrzeżenie. Nie zobaczy przedstawienia grzecznego i uładzonego. Wręcz przeciwnie. To, co zobaczy, niepokoi, doskwiera, boli. Jątrzy duszę i zmusza do myślenia.

Janusz R. Kowalczyk